Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Plastyczny komiks z Dalekiego Wschodu – recenzja mangi „Dziewczyny z ruin”

Japońskie komiksy budzą na zachodnim rynku, przyzwyczajonym do zupełnie innego rodzaju historii czy sposobu czytania, ambiwalentne uczucia. Często specyficzny klimat, odmienne poczucie humoru, narracja, osobliwe rysy psychologiczne – to czynniki, które dla wielu stanowią barierę nie do przejścia. A szkoda, bo za nią kryją się tak intrygujące opowieści, jak te z „Dziewczyn z ruin”.

Pierwsze, tytułowe opowiadanie jest najsłabszym utworem zbioru, z nieco naciąganą intrygą, lecz mimo to przedstawia ciekawą historię w przyzwoitej szacie graficznej. Pewna dziewczyna parę lat temu była przetrzymywana w ruinach fabryki i poza tym, że spędziła tam pięć dni, nie pamięta nic z tego okresu. Teraz stara się normalnie żyć i nie wraca do tamtego, lecz na jej drodze staje przyjaciółka z dzieciństwa, która zaprasza ją do siebie na noc – te dwie sprawy na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego, ale w rozwinięciu stają się jednym wątkiem. Nieprzypadkowo protagonistka zamiast do koleżanki, trafia do ruin, gdzie musi przypomnieć sobie przeszłość, aby wydostać się z pułapki. Realizm tej historii nie jest wysoki. „Dziewczyny z ruin” pełne są dość nieprawdopodobnych momentów – nie uzasadnionych żadną ingerencją sił wyższych czy zjawisk nadnaturalnych – a wiele rozwiązań fabularnych podejrzanie sprzyja posuwaniu się intrygi w konkretnym kierunku, zaś suspens jest najlepszą stroną utworu, odkrywającą niektóre zakryte karty, przede wszystkim jednak zaskakuje i wkomponowuje się w całość. Narzekać możne także na bardzo naiwne obrazy psychologiczne, ale ów utwór stanowi tylko luźne wprowadzenie do niesztampowej twórczości Tsukiji Nao.

„Człowiek, który widział muzykę” to popis autorki jeżeli chodzi o talent rysowniczy – można by rzec, nawet malarski, ponieważ nie tylko zaprezentowała tu detaliczne, misternie wykonane szkice, ale włożyła również masę pracy i starań, uzupełniając plansze wysokoartystycznymi ilustracjami, niedrastycznie – za to w aspekcie świata przedstawionego – kontrastującymi z pozostałymi rysunkami. Fabularnie też jest ciekawie, acz to raczej pomysł na krótką metę, co zresztą sprawdziło się w przypadku tej opowieści. Nao nie ciągnie historii na siłę, a wszystko kończy się w odpowiednim momencie, tempo tekstu też zachwyca. Słowem – jest szybko, treściwie i można nacieszyć oko.

W trzecim opowiadaniu autorka powraca do stylu z pierwszego – prostszego niż w poprzednim utworze, ale nie potraktowanego bynajmniej po macoszemu. „Dziewczyna z szuflady” ma bardzo osobliwy klimat, a cała akcja ogranicza się do klaustrofobicznej, niepokojącej lokacji. Na szczęście taki przepis Nao sprawdza się znakomicie, historia wciąga i powoli odkrywa przed czytelnikiem swoje tajemnice.

Ostatni utwór zbioru, „Wzgórze kapeluszy” jest najlepszym punktem programu. Nie dość, że autorka czerpie w nim z tradycji japońskich legend,

to jeszcze zmienia klimat względem poprzednich opowiadań. Odróżnia się między innymi światem przedstawionym – tamte osadzone były w uniwersach podobnych do nam współczesnych – tutaj mamy do czynienia z realiami à la XIX wiek, zwłaszcza jeżeli chodzi o modę, choć i drobny element steampunku się tu nawinie. Także dawka humoru jest w utworze zdecydowanie większa niż w pozostałych. Warstwa graficzna z kolei nie jest tu tak bogata i rozbudowana, jak w „Człowieku, który widział muzykę”, lecz prezentuje bardzo wysoki poziom i niepozbawiony wysokoartystycznych ilustracji – pełniących podobną rolę, jak w drugim opowiadaniu. Najważniejszym atutem utworu jest jednak fabuła, oprawiona uniwersalnymi prawdami i poszyta przekazem – pokazującymi, co naprawdę się w życiu liczy.

Tsukiji Nao udowodniła tym tomem, że ambitnemu komiksowi japońskiemu niedaleko do amerykańskich czy francuskich – wprawdzie różnice są większe aniżeli pomiędzy Europą i Ameryką, ale to z uwarunkowań kręgów kulturowych i punktów stycznych cywilizacji, które mocno rzutują na twórczość artystyczną. Na szczęście warstwa fabularna i zawarta w niej pointa pokazuje, że wiele zachowań, wartości oraz dążeń jest uniwersalnych dla całej ludzkości.

Na pochwałę zasługuje oczywiście styl autorki – zarówno literacki, jak i graficzny – który nie jest jednolity w zbiorze, ale nie znaczy to wcale, że Nao nie potrafi nad nim zapanować. Wszystko jest spójne, a zabawa różnymi wariantami formy (szczególnie rysowniczej) wychodzi całości in plus. Dla jasności – opowiadania są utworami niezależnymi, a jedynym punktem wspólnym jaki posiadają są występujące w nich – zazwyczaj w postaci tła – ruiny.

Jeżeli ktoś odczuwa lekkie zmęczenie zachodnimi szkołami komiksu, powinien sięgnąć po „Dziewczyny z ruin”, bo to kawał lekkiej, ale wysublimowanej twórczości graficznej – kto wie, być może przełamie to pewne stereotyp myślowe. Choć należy przygotować się na osobliwy dowcip oraz rysy psychologiczne, które niekoniecznie każdemu muszą przypaść do gustu.

Dyskusja