Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Z motyką na słońce – recenzja książki „Drot. Zrodzony z nadziei”

Dorota Brzęk – młoda debiutantka – chciała napisać powieść o samotnym macierzyństwie, traumatycznym dzieciństwie i o nadziei na lepsze życie, taką „ku pokrzepieniu serc”. Tak powstał „Drot. Zrodzony z nadziei”. Brzmi ambitnie. Niestety, dojrzała tematyka utworu i jego głębokie przesłanie najwyraźniej przerosły zaledwie szesnastoletnią autorkę.

Kobieta po przejściach z mentalnością dziecka

„Wiktoria Stan jest młodą matką, której życie niejednokrotnie dało w twarz – samobójstwo ojca na jej oczach, nienawiść matki, poniżający ją były.”

Z opisu wydawniczego wynika, że bohaterką jest kobieta po przejściach, młoda, lecz przedwcześnie dojrzała, która w swoim krótkim życiu zdążyła już bardzo wiele doświadczyć. Okazuje się jednak, że autorce trudno było wczuć się w taką postać. Wiktoria sprawia bowiem wrażenie osoby dość infantylnej i nieodpowiedzialnej, nijak nie przystającej do wizji bohaterki, jaka prawdopodobnie tworzy się w świadomości czytelnika zaznajomionego z powyższym opisem.

Halo, tu Ziemia!

Nie tylko konstrukcji głównej postaci brakuje realizmu. Także wiele rozwiązań fabularnych oraz elementów świata przedstawionego ma niewiele wspólnego z wiarygodnością. W tej sytuacji czytelnik nieustannie boryka się podczas lektury z poważnymi problemami w kwestii tzw. zawieszenia niewiary, trudno mu wyobrazić sobie, że opisywane w książce wydarzenia mogłyby wydarzyć się naprawdę.

Wartka akcja czy rozważania egzystencjalne?

Sam pomysł i ogólne założenie powieści brzmi naprawdę interesująco. Z pewnością wśród potencjalnych odbiorców znajdzie się sporo osób spodziewających się pewnej dawki rozważań filozoficznych, ciekawego wątku metafizycznego czy psychologicznego. Ich zalążki rzeczywiście są obecne w powieści, jednak ich rozwinięciu autorka wyraźnie nie podołała. Wartka, dynamiczna akcja jest w tym przypadku bardziej wadą niż zaletą. Jest ona przetykana jedynie lakonicznymi opisami złożonymi z krótkich, mało rozbudowanych zdań, ledwie zarysowującymi przestrzenie, w jakich rozgrywają się kolejne wydarzenia i pobieżnie charakteryzujące kolejne postacie, które pojawiają się na kartach powieści. Sprawia to, że czytelnik nie ma wielkich szans zżyć się z główną bohaterką, utożsamić z nią, przejąć się jej losami ani wniknąć w świat przedstawiony. Po prostu obserwuje kolejne – mniej lub bardziej wiarygodne – zdarzenia.

… podpisano: Paulo Coelho

Rozważania filozoficzne i pojawiające się ni stąd ni zowąd „mądrości życiowe” czy sentencje, jakimi Dorota Brzęk próbowała urozmaicić narrację, w zestawieniu z pełną treścią książki brzmią raczej sztucznie i sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Kiedy autorka zaczyna rozprawiać o znaczeniu wolności, przytłaczającej odpowiedzialności czy trudach samotnego macierzyństwa, czytelnik oczami wyobraźni widzi zapewne kolejne smętne memy z aforyzmami podpisanymi „Paulo Coelho”.

Międzynarodowe towarzystwo

Wspomnianemu już realizmowi powieści nie przysłużyło się także umieszczenie w realiach współczesnej Polski zbieraniny postaci różnych narodowości. Już sama główna bohaterka nie jest pod tym względem typowa – autorka zdawkowo wspomina o obcym pochodzeniu jej babci. Córka Wiktorii nosi zupełnie niespotykane w Polsce imię – Amy. Niby nic zupełnie niewiarygodnego, ludzie potrafią przecież wykazywać się ogromną fantazją w nazywaniu swojego potomstwa, jednak w zestawieniu z pełną treścią opisanej historii wygląda to na kolejne, zupełnie zbędne udziwnienie i niczemu nie służący ekscentryzm.

Jeszcze większe wątpliwości budzi międzynarodowa społeczność zamieszkujących wspólnie tytułowych drotów. Ta kwestia rodzi najwięcej pytań, pozostawionych przez autorkę bez odpowiedzi. W jakim języku rozmawiają ze sobą te osoby? A może komunikują się w pozawerbalny sposób? Dlaczego wybrały na swoją stałą siedzibę akurat Polskę – szczególnie, że przed pojawieniem się wśród nich Wiktorii, nie było w ich gronie ani jednego Polaka? Niestety, te kwestie nie zostały w żaden sposób wyjaśnione, a pisarka przedstawiła je w taki sposób, jakby były całkowicie oczywiste. Czy jednak aby na pewno są takie dla czytelnika?

Błędy, błędy, błędy…

Największym atutem powieści Doroty Brzęk mógł być język. Autorka dysponuje bogatym słownictwem i dość sprawnie potrafi tworzyć obrazowe, choć zbyt lakoniczne opisy. Widać tu warsztatowy potencjał młodej pisarki, który jednak nie został wydobyty i oszlifowany w procesie redakcji i korekty. Książka roi się od literówek i powtórzeń, co może mocno irytować czytelników-purystów, a wiele niedociągnięć fabularnych czy stylistycznych dałoby się bez problemu zniwelować w wyniku owocnej współpracy autorki z redaktorem.

Reasumując: Dorota Brzęk to obiecująca młoda pisarka z potencjałem, jednak przy wyborze tematyki swojego pierwszego utworu porwała się z motyką na słońce. Nie podołała ambitnej i dojrzałej problematyce, jaką chciała poruszyć. Mimo to nie chcę podcinać autorce skrzydeł, gdyż widać, że po prostu kocha pisać, i z ciekawością będę śledzić jej dalsze poczynania literackie. Najchętniej jednak przeczytam zupełnie inną opowieść, w odmiennym klimacie. Być może rozgrywającą się w podwarszawskim LO, wśród współczesnej młodzieży, z fabułą toczącą się wokół równie ciekawych, a prawdopodobnie lepiej znanych autorce, problemów polskich nastolatków? Na początku swojej pisarskiej drogi warto przecież poruszać się w znajomym, swojskim i dobrze rozumianym przez siebie świecie.

Ocena: 2/5

Dyskusja