Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ameryka magią przekształcona – recenzja książki „Czerwony Prorok”

„Siódmy syn”, wznowiony niedawno przez Prószyński i S-ka, to tytuł, który ewidentnie pozwala cieszyć czytelnikowi – czy to szukającemu ambitnej literatury, czy czystej rozrywki, czy czegoś pomiędzy – przedstawioną intrygą i tłem w jakim się obraca. Porywająca, barwnie napisana opowieść o zupełnie innym niż znamy z podręczników historii powstaniu Stanów Zjednoczonych ma swoją kontynuację w „Czerwonym Proroku”. Druga część wprawdzie trzyma równie przyzwoity poziom, acz tym razem większość akcji widzimy oczami rdzennych mieszkańców, w szczególności Lolli-Wossiky.

Gdy sadzimy, że już nic – patrząc przez pryzmat miłośnika fantastyki – nie jest nas w stanie zaskoczyć, wtedy pojawia się coś innowacyjnego, co szybko przełamuje ten schemat myślowy. Zapewne tak było w roku 1987, gdy to ukazała się powieść kojarzonego dotąd z science fiction Orsonem Scottem Cardem, który czystą fantasy połączył z historią alternatywną, czyli jednym z popularniejszych modeli SF. Nie był pierwszy, ale to jego utwór na dobre wpisał się do kanonu gatunku i wciąż jasno świeci. Druga część „Czerwony Prorok” pokazała, że Cardowi nie brak pomysłów, lecz woli wyeksploatować temat do końca, a przede wszystkim pokazać go z kilku – czasem bardzo odmiennych – stanowisk.

Podobnie jak w pierwszej części tak i tu rodzące się mocarstwo Stanów Zjednoczonych Ameryki to tło historyczne, odgrywające istotną rolę w książce. Autor postanowił mocno zmodernizować dzieje, wplatając w tworzenie się struktur państwowych magię – tzw. różdżkarstwo – element niebywale znaczący w kreującego się tu systemu ekonomiczno-społeczno-politycznego. Dodatkowo czary nie są jednorodne, występuje kilka rodzajów magii, a także przedmioty i ludzie odróżniający się od tych władających klasycznymi (jeżeli chodzi o ów świat) mocami.

W „Czerwonym Proroku” narracja przypada niejakiemu Lolli-Wossiky’emu, który będąc dzieckiem doświadczył okrucieństwa, które wpędziło go potem w pijaństwo. Przez całe lata był poniżany, traktowany jako gorszy człowiek, wiecznie pogrążony w odmętach świadomości, lecz pewnego dnia wyruszył na spotkanie sennej wizji. I to właśnie ta wędrówka zaprowadziła go do osoby, która sprawiła, że wyleczył się i wrócił do pełni sił, a później starał się zjednoczyć plemienia Indian. Niemniej, „Opowieść o Alvinie Stwórcy” musi się także skupić na poczynaniach jej głównego bohatera, tak więc i wątków młodego chłopca, uczącego się panowania nad swym talentem tu nie brakuje.

Na pewno co spostrzegawczy od razu odkryją, że nie mamy do czynienia – a przynajmniej przez niemałą część książki – z bezpośrednią kontynuacją „Siódmego syna”, tylko bocznym torem głównej osi pierwszej części i lekkiego prequela. Wydarzenia znane nam z pierwszej części nierzadko powracają, tylko że widzimy je tym razem oczami Indian. To również ciekawe podejście, bo autor umożliwił odbiorcom zapoznanie się z wierzeniami oraz magią rdzennych mieszkańców Ameryki, a i w pewnym stopniu umożliwił poznanie poglądów czerwonoskórych plemion i wyjaśnił ich obawy, związane z działaniami kolonizatorów.

Z pewnością świat przedstawiony jest tutaj ogromnym plusem, nie tylko ze względu na zmieniony tok wydarzeń oraz jestestwo systemu magicznego, istotne w kreowaniu autentycznego wizerunku wizji autora okazały się elementy obyczajowe. Przez akcję przeplatają się informacje i sceny prezentujące życie codzienne mieszkańców Ameryki w XIX wieku: ich przesądy, rutynowe czynności, poglądy, dążenia, oczekiwania i marzenia – to i wiele innych komponentów sprawia, że tło etnograficzno-społeczne jest tutaj niewątpliwie czynnikiem sprzyjającym odczytowi lektury.

Bohaterowie też nie zostali wykreowani po macoszemu. Lolla-Wossiky to Indianin, który choć z początku wydawał nam się pijakiem, człowiekiem szukającym prostych rozwiązań, okazał się pełną bólu i złych doświadczeń postacią, przeżywającą katharsis i przemianę wewnętrzną – od początku wiemy, że owa sylwetka ma wady i zalety, co pozwala nam się z nią w jakiś sposób identyfikować. Z kolei Alvin to chłopak młody, wciąż naiwny, ślepo wierzący w świat. Chociaż nie wykorzystuje swych umiejętności często, aby ułatwić sobie życie, to i tak czasem odnosi się wrażenie, że autor prowadzi go za rączkę. Na szczęście nie jest to postać wyidealizowana, jego charakter mimo że jest wyważony, to sam bohater targany jest dylematami i wątpliwościami. Pozostałe postacie czasem przebijają się na pierwszy plan, lecz częściej sprawdzają się w rolach tła dla poczynań protagonistów.

Sięgając po Carda sięgamy po dobre pióro – pełne metafor, błyskotliwych myśli, przemyconych pod kołderką słów, ale przede wszystkim bogatego, acz zrozumiałego języka, plastycznych opisów, lekkiego stylu i stosowania bardzo ciekawych wariacji lingwistycznych. „Czerwonego Proroka” czyta się niezwykle szybko i przyjemnie, to dzięki tempie akcji, które nie jest wprawdzie równe, lecz nie jest również usiane dłużyznami i zbędnymi scenami.

Drugi tom „Opowieści o Alvinie Stwórcy” to gratka dla każdego miłośnika fantastyki – nietypowa intryga oraz ciekawie przedstawiony system magiczny, w którym wiele zostaje jeszcze niewiadomych; detaliczne tło antropologiczne czy zmienione dzieje to garść tego, co w tej powieści powinno przekonać każdego. Orson Scott Card z kolei stanowi nazwisko, które warto znać, zwłaszcza, że pisarz ima się zarówno science fiction, jak i fantasy – i na obu tych polach odnosi ogromne sukcesy.

Ocena: 4.25/5

Dyskusja