Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gdy feniks powstaje z popiołów – recenzja książki „Elantris”

Brandon Sanderson jest jednym z najbardziej płodnych autorów współczesnej fantastyki. Jego książki zyskały fanów na całym świecie, a Internet pełen jest pochwalnych komentarzy na temat twórczości amerykańskiego pisarza. Czy jednak słusznie? Co jeśli mamy do czynienia z wyolbrzymieniem literackiego geniuszu autora? A gdyby tak nagle się okazało, że książki Sandersona są nieco przereklamowane i wierni czytelnicy po prostu nie dostrzegają błędów i mankamentów? Jakby tak choć raz ktoś spróbował w bardziej krytyczny sposób odnieść się do jego dzieł – od powieściowego debiutu „Elantris” począwszy.

Miasto Bogów

Elantris to symbol władzy i potęgi. Elantris to siedziba ludzi obdarzonych magicznymi mocami – prawdziwych bogów na ziemi. Elantris to ruina… Kiedyś miasto oraz jego mieszkańcy budzili szacunek, podziw oraz lęk. Dzisiaj na próżno szukać śladów dawnej świetności. Teraz to ponure miejsce, w którym spotkać można wyłącznie chorych i oszalałych z bólu Elantrian. Skąd ta nagła zmiana? Przed dziesięciu laty doszło do kataklizmu nazywanego Reod. Magia opuściła wówczas mury boskiego miasta, pozostawiając jego ludność na pastwę losu.

Przed tą tragedią społeczność Arelonu nie znała prawdziwych trosk i niesprawiedliwości, wynikających z podziałów klasowych. Jednak w chwili największego kryzysu władzę przejęli kupcy – z Iodenem na czele. Samozwańczy monarcha szczodrze sypnął godnościami oraz szlacheckimi tytułami. Uzależnił kraj od posiadanych majątków, skazując tym samym znaczną część ludności na niewolniczą pracę dla nowych panów. Pomimo wysiłków króla obecna stolica, Kae, nigdy nie wyszła z cienia przeklętego miasta. Mieszkańcy królestwa z nadzieją lub strachem wypatrują powrotu dawnych władców i odrodzenia przeklętego grodu… Jakby tego było mało krainie rządzonej przez owładniętego paranoją Iodeana zagraża inwazja pewnego teokratycznego imperium. Jedynie czas pokaże, czy magia powróci do Elantris, a lud Arelonu zostanie ocalony.

Intrygi na królewskim dworze

Przez opowieść na zmianę prowadzi nas trójka bohaterów: książę Raoden, którego dopadła śmiercionośna choroba shaod, przybyła z odległego Teod w celu zawarcia politycznego mariażu księżniczka Sarene oraz gyorn Hrathen. Każdy z protagonistów cechuje się zupełnie inny charakterem. Królewna jest inteligentna, choć wybuchowa, syn Iodena to urodzony przywódca, bezgraniczny idealista, ślepo wierzący w ludzi, zaś kapłan jest najzwyczajniej w świecie opanowanym i niezmiernie posłusznym woli swego bóstwa mąciwodą. Pomimo takiej różnorodności trudno jest obdarzyć sympatią którąkolwiek z tych postaci, a wszystko dlatego, że Sanderson przyczepia im łatki „dobry” lub „zły”. Brak odcieni szarości, które mogłyby uczynić z nich ludzi z krwi i kości. To zaś sprawia, że niełatwo będzie się nam utożsamić z którymś z trójki głównych bohaterów, nie mówiąc już o trzymaniu za nich kciuków.

Poza protagonistami przez karty powieści przewija się cała masa postaci drugoplanowych. Naprawdę trudno spamiętać ich imiona oraz funkcje. Poza jedną lub dwiema charakterystycznymi osobami żadna z nich nie jest godna uwagi. Nieco razi też fakt, że wszyscy znaczący bohaterowie pochodzą z wyższych sfer. W utworze brakuje punktu widzenia zwykłego człowieka – takiego, który w obliczu zagrożenia nie może schować się za swoim majątkiem, a jego życiowe problemy nie ograniczają się wyłącznie do dworskich intryg.

Kilka słów od Paulo Coelho

Niestety, na każdym kroku widać, że „Elantris” jest powieścią debiutancką. Autor zaserwował czytelnikom całą serię sztampowych i naiwnych rozwiązań. Jego bohaterowie są mało realistyczni – Sanderson ograniczył się do nadania każdemu jednej lub dwóch cech dominujących, przez co na scenie pojawiają się same stereotypowe kreacje. Jak łatwo się domyśleć książę i księżniczka są nieodrodnymi dziećmi Mary Sue. Nie dość, że zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia, to jeszcze są w stanie osiągnąć rzeczy, o których nie śnili nawet filozofowie. Zbyt wyidealizowani bohaterowie nudzą odbiorcę i dokładnie tak jest w tym przypadku. Od samego początku możemy przewidzieć, w jaki sposób skończy się cała opowieść przez co fabuła w ogóle nie trzyma nas w napięciu. W całej książce zdarzył się tylko jeden zaskakujący epizod, aczkolwiek żeby do niego dotrzeć trzeba przebrnąć przez kilkaset stron tekstu. Akcja utworu rozgrywa się bardzo dynamicznie, chociaż chwilami narzucone tempo jest zdecydowanie zbyt szybkie. Problemy, na które napotykają bohaterowie znikają w mgnieniu oka. Niektóre wątki aż proszą się o rozwinięcie.

Dopracowania wymagałyby również dialogi – chwilami frazy rzucane przez bohaterów trącą patosem niczym z epopei narodowej, a zaraz potem zmieniają ton na coś, co w najlepszym wypadku może kojarzyć się ze złotymi myślami Paulo Coelho. Jeżeli chodzi o okładkę – cóż, to już raczej kwestia indywidualnego gustu czytelnika. W każdym razie już z daleka widać, że będzie to powieść Sandersona. Z jednej strony Wydawnictwo MAG podjęło dobrą decyzję decydując się na ilustrację utrzymaną w podobnej stylistyce, co grafiki znajdujące się na pozostałych książkach tego autora, które ukazały się w naszym kraju. Jest jednak pewien argument, który działa na jej niekorzyść – amerykańska wersja jest po prostu dużo lepsza. Polski odpowiednik w mniejszym stopniu oddaje ducha opowieści. Sama grafika jest bardzo ładna, jednak brakuje jej „tego czegoś”. Patrząc na publikację potencjalny czytelnik nie odczuje magii aonów, strachu przed shaod, ani nawet napięcia dworskich roszad…

Świat przedstawiony oraz jego historia stanowią najmocniejsze elementy powieści. Trzeba przyznać, że pod tym względem nie można literatowi niczego zarzucić. Czytelnik z zapartym tchem będzie odkrywał kolejne tajemnice z przeszłości królestw Arelonu oraz Teod. Pisarz rzuca odbiorców na głęboką wodę – już od pierwszych stron czekają na nas trudne do wymówienia nazwy. Oswojenie się z nimi zajmie trochę czasu, ale dzięki temu łatwiej zanurzyć się w tym fantastycznym świecie. Pozostaje mieć nadzieję, że autor z czasem jeszcze bardziej rozwinie to uniwersum.

Specjalistką od Sandersona nie jestem, nie przeczytałam nawet wszystkich jego książek. Jednak przez moje ręce przewinęło się tyle powieści, że z całą pewnością mogę stwierdzić, co następuje: „Elantris” to naprawdę dobry utwór. Czyta się go szybko i przyjemnie, ale daleko mu do takich klasyków jak „Władca Pierścieni”, „Gra o tron” czy „Harry Potter”. Najistotniejsze jest jednak to, że nikt, kto sięgnie po ten tytuł nie będzie specjalnie tego żałował.

Ocena: 4/5

Dyskusja