Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gdzie Metro się zaczyna… tak to Metro – recenzja książki „Metro 2033” oraz „Metro 2034”

Uniwersum „Metra 2033” to chlubny projekt Dimitry’a Glukhovsky’ego, za sprawą którego wielu autorów – początkowo z rosyjskiej federacji, potem z całego świata – może przedstawić własne wizje w ramach zrujnowanego konfliktem nuklearnym świata autorstwa wyżej wspomnianego. Niemniej, warto sobie przypomnieć, co jest tak magnetyzującego w utworach Glukhovsky’ego, że koncepcja rozrosła się do niemal siedemdziesięciu książek, nie wliczając oryginalnej trylogii.

W wyniku wojny atomowej wszystkie cywilizacje świata upadły, a ekosystem zmienił się całkowicie – a raczej przestał istnieć, zaś na jego truchle wyrosła zmutowana flora i fauna, w której instynkcie zakorzeniło się pragnienie krwi, przetrwania oraz mordu. Resztki ludzkości skryły się w podziemnych schronach, metrach, tunelach i kanałach, gdzie nie dosięgnęła ich destruktywna dłoń niegodziwości. Jednak i te społeczności ewoluowały i czasem lepiej napotkać wygłodniałego postwilka, aniżeli człowieka. W powieściach Glukhovsky’ego główną scenerią wydarzeń są perony, stacje, pomieszczenia oraz szyby moskiewskiego metra – ogromna podziemna konstrukcja, mająca cechy ochronne przed nuklearnym zagrożeniem stała się ostatnią deską ratunku dla mieszkańców potężnej metropolii. Naturalnie, przeżyła zaledwie garstka, lecz to ona dała życie nowej rzeczywistości – rozświetlona lampami rzeczywistość, gdzie za pokarm służą grzyby, amunicja jest walutą, z kolei wyprawy na powierzchnię quasi-komandosów często kończą się ich śmiercią, choć powodzenie tych podróży niesie za sobą możliwość uzyskania czegoś nowego.

Jednak to nie spójna grupa – moskiewskie metro pełne jest podziałów i konfliktów: tworzą się mikropaństwa, łączące ludzi religią, ideologią, obietnicami dostępu do wody, pożywienia, ochrony. Owe kraiki zajmują staję bądź kilka, wymieniają się z innymi towarem, handlują, napadają, współpracują lub planują rozszerzyć strefy swych wpływów. Tło socjologiczno-ekonomiczno-polityczne odgrywa w wizji Glukhovsky’ego niebywale istotną rolę, często napędzającą fabułę albo stojącą na przeszkodzie rozwojowi wypadków, a z nią to musi poradzić sobie nasz główny bohater pierwszego tomu, Artem, mieszkaniec WOGN-u, najbardziej na północ wysuniętej stacji metra, gdzie pojawiło się nowe zagrożenie. Nie inaczej jest w drugim, choć tam sytuacja, protagonista oraz lokacja początkowa ulega zmianie (o tym zaraz, najpierw „Metro 2033”).

Młody mężczyzna otrzymuje zadanie – zagrożenie nękające jego rodzinną stację, WOGN, stało się zbyt wielkie, żeby je lekceważyć i nader silne, aby sobie z nim poradzić – musi przedostać się do Polis, legendarnej stacji w centrum moskiewskiego metra, gdzie ma dostarczyć wieści o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Jeżeli Artemowi się nie uda, to zagładzie nie ulegnie wyłącznie prowincjonalny WOGN, ale też cała cywilizacja metra. Zadanie nie jest łatwe, na jego drodze nie stanie tylko długość trasy czy bandyci, gdzieniegdzie napotkać można również śmiercionośne anomalie i mutanty.

W „Metro 2033” warstwa fabularna była niezwykle prosta, ale to właśnie ona udowodniała, że piękno tkwi w prostocie. Rosyjski pisarz zadbał o to, aby akcja powieści rozwijała się specyficznym – raz opadającym, raz przyśpieszającym – tempem: nie brak tutaj dynamicznych wydarzeń, widowisk godnych uwiecznienia na obrazie i ciekawych starć, chociaż przeplatane są także spokojniejszymi epizodami i bogatymi przemyśleniami protagonisty. Wielu osobom może przeszkadzać takie rozwiązanie, lecz bez tych komponentów świat przedstawiony, jego modus operandi, tajemnice i historia Artema nie istnieją, a pozostają jedynie sekwencje walk, podróży, pokonywania przeszkód czy problematyka relacji oraz poglądów ludzkich. Całość więc zazębia się tutaj, tworząc barwny, kompletny obraz, nasycony ciężarem doświadczeń społeczności, protagonisty oraz zagadkowym mistycyzmem, przejawiającym się to tu, to tam, rzadko jednak wychodzącym na pierwszy plan.

Niespełna rok po wydarzeniach z pierwszego tomu, na drugim krańcu moskiewskiego metra – na Sewastopolskiej – dochodzi do kolejnych tragicznych wydarzeń i ponownie pojawia się zagrożenie, z którym mieszkańcy stacji nie mogą sobie poradzić. Z powierzchni do podziemi zaczynają wdzierać się zmutowane kreatury, które stopniowo przełamują obronę, zaś nagły zanik dostaw amunicji jedynie potęguje kiepską sytuację Sewastopolskiej, na domiar kontakt z sojusznikami się urwał. Wyjaśnić zagadkę ma drużyna, składająca się z młodego Ahmeda, starego kronikarza Homera, córka wygnanego naczelnika Awtozawodzkiej Sasza oraz Hunter, zaginiony, który wrócił po latach – to właśnie on budzi największe wątpliwości w całym zadaniu. Ale by zdobyć pomoc, każda para rąk się przyda, nawet jeśli ich właściciel nie jest tym, za kogo się podaje.

Scenariusz „Metra 2034” to w wielu punktach powtórka z rozrywki – po raz wtóry pojawia się silne zagrożenie, mogące zaszkodzić nie tylko jednej stacji, ale istnieniu całego metra; wyruszają bohaterowie w niebezpieczną podróż, pełną zwrotów akcji i nieoczekiwanych niespodzianek, ruszają po pomoc. Czyli déjà vu – strukturalnie intryga utworu żywcem wyjęta z poprzedniego tomu: zmieniono tylko protagonistę, powiększono początkowy skład drużyny, zmniejszono rozmach i alegoryczność treści… przez co nie jest tak pięknie, jak być powinno. Bardzo głęboka psychologia Artema zaprezentowana w „Metrze 2033” została zastąpiona nieco płytszymi odpowiednikami, którzy nie wywołują już takich emocji, trudniej się z nimi integrować, a o współczuciu sylwetkom z drugiego tomu raczej mówi się rzadko, jeżeli w ogóle. Glukhovsky chciał powtórzyć sukces, niemniej pośpieszył się i nie przemyślał tak bardzo świata przedstawionego i fabuły, co skutkuje tendencją zniżkową, zarówno w formie, jak i pomyśle. Nawet rozłożenie akcentów jest tutaj gorsze niż w poprzedniej części – pojawiają się wątki wręcz melodramatyczne, wyraz traci charakteru, a mroczny, ołowiany klimat gdzieś się zatraca.

Warstwa lingwistyczna stoi wprawdzie na wysokim poziomie, acz to w „Metrze 2033”, gdzie autor przykładał się nie tylko do poprawnego operowania słowem, ale też do melodyjnej rytmiki, leksykalnego zasobu i alegoryczności – nie jest to wprawdzie arcydzieło na miarę mistrzów, jak Sapkowski, LeGuin czy Miéville; co nie zmienia faktu, że bardzo przyjemnie się to czytało. O „Metrze 2034” nie można tego powiedzieć, a właściwie nie można powiedzieć, aby język zachwycał, bo przez lekturę przechodzi się bez zgrzytów, lecz odczuwa się brak tej sublimacji z pierwszego tomu. I przede wszystkim druga część stawia na wartką, spektakularną akcję.

W przypadku „Metra 2033” można powiedzieć, że utwór zasłużenie zajął swe miejsce na światowym piedestale ważnych dzieł literatury postapokaliptycznych – posiada wszystko to, co powieść rozrywkowa, a zarazem filozoficzna powinna posiadać, od przemyśleń, istotnych tematów, satyrycznych obrazów, przez zróżnicowane kulturowo-religijnie społeczeństwo oraz bohaterów, przepuszczonych przez filtry psychologicznych analiz, po dynamiczny rozwój wydarzeń i trzymające w napięciu sceny. „Metro 2034” niestety nie posiada połowy tego, co zawierał pierwszy tom (i chodzi tu o te bardziej wartościowe komponenty), co sprawia, że książka jest ledwie ponad przeciętna.

„Metro 2033” – 4.5/5
„Metro 2034” – 3/5

Ocena: 3.75/5

Dyskusja