Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Takiej magii jeszcze nie było – recenzja „Prawdodziejki”

Zachwycająca, magiczna, wielowymiarowa, porywająca – przymiotniki na opisanie „Prawdodziejki” można by mnożyć. Mająca premierę 12 października kolejna książka Susan Dennard od razu zaskarbiła sobie przychylność czytelników – i ich stałe, wierne grono. I trudno się nie dziwić.

Safiya i Iseult, młode czarodziejki, znów wpadły w tarapaty. Muszą uciekać. Natychmiast. Safi jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, zdolną zdemaskować każde kłamstwo. Swój dar trzyma w sekrecie, inaczej zostanie wykorzystana w konflikcie między imperiami. A przecież kończy się Wielki Rozejm i atmosfera robi się coraz bardziej gorąca… Moce Iseult są tajemnicą nawet dla niej samej. I lepiej, by tak zostało. Safi i Iseult pragną jedynie wolności. Niebezpieczeństwo czai się jednak tuż za rogiem – zbliżają się niespokojne czasy i nawet sojusznicy nie grają fair. Przyjaciółki będą zmuszone walczyć z władcami i ich najemnikami, bo stawka jest bardzo wysoka, a zło nie śpi.

Wydawać by się mogło, że o magii, czarodziejach, książkach fantasy i nowych światach zostało już powiedziane wszystko. Że są czarodzieje dobry, źli, piękne uniwersa, bohaterowie-rozbójnicy, skorzy do wpadania w tarapaty, magia, która trudno okiełznać – to wszystko gdzieś już było – i można przejść obok „Prawdodziejki” obojętnie. I byłby to spory błąd. „Czaroziemie” to nowy cykl, który, jak promuje pierwszą część Sarah J. Maas, wejdzie do kanonu.

Prawda, krew, wiatr… – i inne „dziejstwa”

W świecie stworzonym przez Dennard magia jest, żyje i ma się dobrze. To nieodłączny element nie tylko świata przedstawionego, ale i ludzkiej codzienności. Co więcej, czarodziej nie jest postacią w długiej powłóczystej szacie rodem ze świata Tolkiena lub mogącym uczynić za pomocą zaklęć wszystko – w przeciwieństwie do pozbawionych różdżek mugoli. Świat czarodziejów u Dennard jest pełen klasyfikacji i podziałów. Są uzdrowiciele różnych kategorii, są czarodzieje przeznaczeni do jednej konkretnej dziedziny – czy to do kontrolowania żywiołów, czy do sprawowania władzy nad materią (ożywioną i nieożywioną), czy też w końcu jak w przypadku głównej bohaterki do rozpoznawania prawdy i kłamstwa. Świat przedstawiony również tętni niejednorodną magią – wachlarz bóstw, magicznych artefaktów czy niezwykłych miejsc stworzony został z wielką precyzją, misternością i bogactwem. Momentami tylko czytelnik może odnieść wrażenie, iż nie wszystko rozumie i nie wszystko zostało wystarczająco zdefiniowane – nie jest to jednak na tyle utrudniające czytanie, by książkę odłożyć na półkę. Trzeba pamiętać, że to początek cyklu i kolejna część (zapowiadany „Wiatrodziej”) rozjaśni kolejną kartę historii Czaroziemia.

W tak popularnych ostatnio książkach typy young adoult istnieje ryzyko, że bohaterami będą rozwydrzeni nastolatkowie, brawurowo bez żadnych przeszkód i problemów ratujący świat, zachowujący się nieracjonalnie i irytująco. W „Prawdodziejce”, choć główne bohaterki to faktycznie nastoletnie czarodziejki, ich pobudki, pragnienia, psychika zgłębione zostały bardzo dokładnie i dziewczyny są wiarygodne. Choć zupełnie różne, kochają się jak siostry, chociaż związane ze sobą czymś więcej, za sobą bez mrugnięcia okiem skoczyłyby w ogień. Stworzone z krwi i kości, nie wahają się walczyć (mieczem i ciętym językiem) albo magią. Bohaterowie drugo i trzecioplanowi również nie są papierowi, a czytelnik ma szansę kochać ich i nienawidzić, bo być obojętnym wobec tak ostrych rysów charakterologicznych jest trudno. Pojawia się wątek romansowy, ale, co jest ogromnym plusem powieści, nie dominuje on i nie jest zbyt nachalny, co nie znaczy jednak, że brak mu żaru i namiętności.

Warstwa językowa zachwyca. Książka utrzymana jest w klimacie typowego dla fantasy quasi-średniowiecza i autorka poradziła sobie z tym znakomicie – nie ma zgrzytów stylistycznych czy zbędnych archaizacji, są za to pięknie skrojone, poetyckie momentami zdania. W chwilach, gdy akcja przyspiesza narracja przyspiesza również – zdania stają się krótsze i czyta się jednym tchem.

Pierwsza część cyklu o Czaroziemiach to kawał fantastyki na naprawdę wysokim poziomie. Wykreowane uniwersum sprawia wrażenie autonomicznego świata, w który czytelnik zostaje wrzucony bez znaków ostrzegawczych czy informacyjnych – od pierwszych stron staje się uczestnikiem i świadkiem opisywanych wydarzeń i przez kolejne rozdziały coraz dogłębniej poznaje ten świat, by uznać, że mimo wielkiej bazy książek fantastycznych czegoś takiego jeszcze nie było. Susan Dennard nie odkryła jeszcze wszystkich swoich kart. I bardzo dobrze. Znane fanom gatunku tematy i toposy zostały umiejętnie przerobione, a fantastyka zyskała coś nowego. Dzięki temu pozycja spodoba się i młodym czytelnikom, i starym wyjadaczom fantastycznego chleba. Oby zapowiadany „Wiatrodziej” sprostał tak wysoko postawioną przez „Prawdodziejkę” poprzeczce.

Ocena: 5/5

Dyskusja