Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Co w domu piszczy? – recenzja książki „Dom z liści”

Wyobraźcie sobie, że czytacie fikcję, która napisana jest w taki sposób, że zaczynacie powoli mieć wrażenie, iż coś takiego mogło się naprawdę zdarzyć – zwłaszcza, gdy na początku wszystko zostało opisane jakby naukowym albo publicystycznym stylem. Świadczyć to może wyłącznie o niezwykłym talencie Marka Z. Danielewskiego, a przecież mówimy tutaj o jego literackim debiucie.

Zabawne jest to, że właściwie trudno określić o kim dokładnie jest „Dom z liści” – czy o Johnnym Wagabundzie, czy o Zampanò, czy o Willu Navidsonie. Najbardziej wyrazisty jest tutaj Johnny, pracownik losangeleskiego studia tatuażu, przypadkiem odnajdujący opasły notes niejakiego Zampanò, pełnego notatek, analiz oraz tez dotyczących filmu „Relacja Navidsona”. O tym obrazie nikt z kręgu znajomych Wagabundy nigdy nie słyszał, a i nie da się odszukać zbyt wielu wieści o nim gdziekolwiek indziej – notes Zampanò wydaje się być najbardziej szczegółowym źródłem informacji. Jednak im głębiej Johnny wnika w historię „Relacji Navidsona”, tym więcej osobliwych rzeczy zaczyna odkrywać w swoim otoczeniu.

Ale nie tylko Wagabunda jest tutaj kluczową postacią, Zampanò był według pierwszych odczuć Johnny’ego ekscentryczny, mający nieco nie po kolei w głowie staruszek, stroniący od towarzystwa innych, do tego cierpiący na ślepotę, co mogło odrobinę wpłynąć na odbiór otaczającego go świata. Jego śmierć zaś owiana jest tajemnicą i niepokojącymi pogłoskami. Początkowo dziwiący się temu Johnny coraz bardziej zaczyna dochodzić do wniosków, że nie był to przypadkowy zgon i miał coś wspólnego z obiektem, który badał Zampanò.

„Relacja Navidsona” to po części obyczajowa historia, zyskująca z dalszym rozwojem wypadków charakter powieści grozy. Opowiada ona o losach Willa Navidsona, nagrodzonego Pulitzerem fotografa, który widział wiele ludzkich tragedii i niesprawiedliwości, i zapragnął osiąść razem z rodziną w spokoju, dlatego przeprowadzili się do domu w Wirginii. Jednak nie był to najlepszy pomysł, aby naprawić i umocnić między nimi więzi, dom miał dla nich wiele niespodzianek. Pierwsza pojawiła się, kiedy wrócili do niego z wycieczki i nagle odkryli drzwi do pustej przestrzeni, z której można się było dostać do kolejnego pomieszczenia – pokoju pociech. Potem Navidson odkrywa, że jest większy wewnątrz, niż wydaje się z zewnątrz i nie jest to nic w stylu złudzenia optycznego.

Zagłębiający się coraz bardziej w tę historię Wagabunda zaczyna, to także może spotkać czytelnika, zdawać sobie sprawę, że wydarzenia z „Relacji Navidsona” mogły zdarzyć się w rzeczywistości. Owe wrażenie potęguje wyraz powieści. Niezwykle oryginalna forma „Domu z liści” na każdym kroku wymaga od nas, byśmy bardzo skupiali się na treści i zapamiętywali wszystkie szczegóły. Danielewski takimi zabiegami wciąga nas w niepospolitą historię oraz buduje niesamowity klimat, który razem z odczuciami Wagabundy, odpowiednio nas nastraja – niestety, nie zdarza się to często we współczesnych horrorach.

„Dom z liści”, jeżeli się nad nim mocno skupić, robi na nas oszałamiające wrażenie, to jedna książka na tysiąc, której forma nie tylko współgra z treścią i przyczynia się do budowania odpowiedniej atmosfery, ale stanowi bardzo ciekawy sposób narracji. Utwór określa się też jako horror i początkowo budzi to w nas dość mieszane uczucia, bo czekamy na coś, na co przygotowały nas współczesne „straszaki”, a tutaj wszystko dzieje się stopniowo i spokojnie, lecz mimo wszystko wreszcie sami zaczynamy się niepokoić i bać. Strachu nie wywołują jednak rzucane przez twórcę często momenty mające przerazić jednorazowo, szybko elementy pozornie potworne, a potem wręcz śmieszne, ani tym bardziej rzeczy obrzydliwe pokroju gore, w „Domie z liści” nasz strach zostaje pobudzony dzięki klimatowi i przedstawianej etapami historii.

Debiutancka powieść Marka Z. Danielewskiego nie jest tytułem łatwym do odczytania, zarówno forma, jak i treść „Domu z liści” wymagają od nas wielkiego skupienia i orientowania się w szczegółach oraz zdolności przesiewania jednych informacji od drugich, bo pełno w książce przypisów rzekomych wydawców, komentarzy Wagabundy czy Zampanò i notatek. Oddzielanie różnego rodzaju przekazów umożliwia nam poznanie historii tego domu z odmiennych perspektyw i poznanie jego wpływu na kondycję psychiczną bohaterów.

Warto poznać „Dom z liści”, ponieważ nie tylko wyznacza nam pewne kierunki, ale jest ambitnym horrorem, który unika wszystkich, tanich zabiegów większości współczesnych pisarzy grozy, jak Masterton czy King. Danielewski powinien być dla nich wzorem do naśladowania.

Ocena: 5/5

Dyskusja