Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Śmiać się czy płakać? – recenzja książki „Książę głupców”

„Książę głupców” Marka Lawrence’a to pierwsza część trylogii „Wojny Czerwonej Królowej”, która na polskim rynku pojawi się za sprawą wydawnictwa Papierowy Księżyc. Czy będzie to kolejny literacki fast food? Trudno powiedzieć, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że już pierwszy tom może budzić pewne kontrowersje.

Sztuka (nie)zaskakiwania czytelnika

Zacznijmy od tego, że fabuła powieści nie należy do zbytnio skomplikowanych. Otrzymujemy wszystko to, co już się w fantastyce pojawiło. W takich chwilach człowiek zadaje sobie pytanie, czy powstał jakiś poradnik zawierający najbardziej oklepane motywy, z których pisarz powinien skorzystać, żeby zanudzić czytelnika. Jeżeli nie, to ktoś powinien go w końcu wydać i przesłać niektórym literatom. Bo to po prostu niewiarygodne, że ludziom pióra nie chce się wymyślać nowych motywów lub chociażby modyfikować tych utartych w celu uzyskania zaskakującego i niespotykanego dotychczas efektu. Klasyka jest super, ale tylko w dobrym wykonaniu. Bezrefleksyjne odgrzewanie kotletów nigdy nie przynosi niczego dobrego.

Autor „Księcia głupców” splata ze sobą losy dwóch bohaterów, którzy różnią się niczym woda i ogień. Przeżywają oni różne perypetie i oczywiście wyruszają razem w pełną niebezpieczeństw podróż w celu przełamania tajemniczego uroku rzuconego przez wiedźmę nazywaną Milczącą Siostrą. Rzecz jasna poza tą drobnostką ich celem jest stawienie czoła budzącym grozę siłom zła, które przez cały czas będą dybać na ich życie. Czytelnik od samego początku nie wątpi w to, że protagoniści dotrwają do ostatnich stron powieści – w końcu losy świata leżą właśnie w ich rękach!

Bajka o głupim Jasiu

Pierwszym z głównych bohaterów jest książę Jal. To właśnie on prowadzi narrację nie stroniąc przy tym od niewybrednych komentarzy, głupich żarcików i peanów na własną cześć. Poza kobietami, hazardem oraz alkoholem w jego głowie nie ma miejsca zupełnie na nic. Jest to dosłownie intelektualna pustynia, na której wiatr przewiewa kłęby kurzy to wprawo, to w lewo. Na chwilę obecną wnuczek królowej jest po prostu irytującym tchórzem, skończonym egoistą i durnym bawidamkiem, a jego dni upływają na beztroskim ładowaniu się w kolejne tarapaty. Miejscami czytelnik z całego serca ma nadzieję, że ktoś w końcu spuści mu porządny łomot i nauczy szacunku do innych. W trakcie wyprawy Jalan Kandeth jest raczej kulą u nogi niż jakąkolwiek formą wsparcia dla swojego towarzysza. Aż strach pomyśleć, że tacy ludzie faktycznie mogą gdzieś żyć. Prawdopodobnie autor celowo wykreował tak antypatyczną postać planując w przyszłości jej wielką przemianę. W innym wypadku stworzenie tego typu protagonisty stanowiło strzał w stopę. No bo co to za bohater, którego obecność psuje czytelnikowi jakąkolwiek przyjemność wynikającą z lektury?

Drugim protagonistą jest Snorri ver Snagason – Wiking z Dalekiej Północy. Mężczyzna w przeciwieństwie do księcia nigdy nie miał łatwego życia. Wyszło mu to jednak na dobre, bo warunki, w jakich się urodził sprawiły, że wyrósł na silnego i odważnego wojownika. Snorri jest honorowy i stanowi całkowite przeciwieństwo nieporadnego Jala. Trochę taki z niego Gary Stu. Poza urokiem, który związał go z Jalanem, Snorriego dręczą dużo poważniejsze problemy. Jego rodzinna wioska została zniszczona przez Svena Złamane Wiosło oraz towarzyszące mu stado ożywieńców. Wiking liczy na uratowanie porwanej żony i dzieci. Wie jednak, że to prawdziwy wyścig z czasem, a szlachetnie urodzony towarzysz niedoli może skutecznie pokrzyżować mu wszystkie plany…

Po drugiej stronie lustra

Świat przedstawiony w powieści to naprawdę dziwny twór. Stanowi jakby alternatywną wersję naszego świata. Nazwy niektórych ludów oraz krain mogą sugerować, że znajdujemy się w średniowiecznej Europie. Z drugiej strony obecność magii oraz całkowicie zmyślonych państw dobitnie świadczą o obcości tego uniwersum.

W trakcie lektury natrafimy na wiele elementów, które nie będą pasowały do układanki. Niby otaczająca bohaterów rzeczywistość to epoka przedprzemysłowa, jednak w pewnym momencie protagoniści wędrują wzdłuż torów kolejowych, a jeszcze później natrafiają na armię plastekowych figur, których opis sugeruje, że mogą to być plastikowe manekiny sklepowe. W książce wielokrotnie wspomina się o tajemniczych Budowniczych oraz o spadku, jaki po sobie pozostawili. Miejmy nadzieję, że pisarz rozwinie w przyszłości ten wątek, bo jest jednym z ciekawszych. Poza tym zostawianie go bez komentarza sprawi, że tego typu motywy staną się niczym innym jak doklejonymi na siłę zapychaczami. Strzelba Czechowa zawsze powinna wystrzelić, inaczej nie ma sensu wieszać jej nad kominkiem…

Pół żartem, pół serio

Najbardziej irytujące w całej powieści jest to, że nie do końca wiadomo, czy miała nas bawić czy też wręcz przeciwnie. Narrator posiada strasznie żałosne poczucie humoru, a jego głupie żarty i gagowe sytuacje, w których się znajduje nie wzbudzają uśmiechu tak często, jak w zamierzeniu miałyby to robić. Autor niby stara się rozśmieszyć czytelnika, jednak po chwili prezentuje wydarzenia, które są niezwykle poważne i poruszają trudną tematykę. Gdzieś tam, pomiędzy durnymi komentarzami Jalana, niczym gwiazdy na niebie mają błyszczeć wielkie życiowe prawdy. To wszystko jest jakieś takie rażąco niespójne. Czytelnik dostaje lekką opowieść, która ma go bawić do łez czy historię zmuszającą do refleksji nad życiem i miłością? Lawrence mógłby zdecydować się na pozostanie w obrębie jednej z tych konwencji, bo ich połączenie ewidentnie mu nie wyszło. Chwilami można odnieść wrażenie, że nastąpiła nieudana próba przeniesienia jakiegoś komediowego anime na karty powieści.

Z żartami w książkach należy być niezwykle ostrożnym. Każdy czytelnik ma inne poczucie humoru, ale jest pewien poziom głupoty i stereotypowości, którego nikt nie zdzierży. Mark Lawrence balansuje na granicy tego, co jeszcze jest zabawne i tego, co już zaczyna budzić niesmak i poirytowanie. Oby zachował umiar, a szala żarcików przechyliła się na właściwą stronę mocy. Mimo wszystko nie należy całkowicie skreślać tego tytułu. Przed nami jeszcze dwa tomy opowieści, więc wiele się może zmienić. Z drugiej strony chyba powinniśmy zadać sobie pytanie, ilu czytelników będzie chciało w dalszym ciągu znosić obecność księcia Jalana?

Ocena: 3/5

Dyskusja