Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

To, co w Polsce najlepsze – recenzja komiksu „Łauma” oraz „Kościsko”

Karol Kalinowski za sprawą wybitnego dzieła „Łauma” wpisał się w poczet najbardziej utalentowanych polskich rysowników, stając na tym samym piedestale, co Grzegorz Rosiński, Janusz Christa bądź Jakub Rebelka. I mimo że na swym koncie nie ma zbyt wiele pełnoprawnych tytułów, to swoją pozycję utwierdził niedawno wydanym „Kościskiem”, które podbiło poprzeczkę jego twórczości.

„Łaumę” i „Kościsko” łączy wiele elementów, chociaż nie są one ze sobą powiązane fabularnie – poza drobnym, niewpływającym na oś intrygi epizodem. Dwoma głównymi spoiwami utworów są świat przedstawiony oraz styl graficzny. Pierwsza z wydanych historii jest także mniej poważna, choć stawia na wiele istotnych kwestii, jak moralność, samotność, strata i w sposób niebezpośredni analizuje przemiany zachodzące w postaciach, powodowane pewnymi tragicznymi zdarzeniami. Druga jest poważniejsza, chociaż na początku wszystko wydaje się cukierkowe i beztroskie, subgatunkowe cechy urban fantasy z kolei intensyfikują takie doznania – niemniej, w późniejszym etapie fabularnym ważne tematy i problematyka coraz bardziej daje o sobie znać, aczkolwiek nie przeszkadza i nie zmienia przesadnie wyrazu całości.

Jeżeli wziąć pod uwagę oba komiksy, dostrzegamy pewien dualizm w doborze protagonistów – w pierwszym albumie, akcję widzimy z perspektywy Dorotki, małej dziewczynki, która przeprowadza się do małej wsi na Suwalszczyźnie, gdzie technologie wielkiego świata są wprawdzie obecne, ale odgrywają mało znaczące role. W „Kościsku” z kolei głównym bohaterem jest Max, chłopiec przeprowadzający się wraz z ojcem do małego – tytułowego – miasteczka. Jak łatwo się zorientować, motywy będące starterem dla fabuły są podobne, więc można spodziewać się, że podobnych punktów wspólnych pojawi się o wiele więcej. I tak w istocie jest, chociaż często mają one odmienny charakter.

Oba tytuły mogą przywołać również uczucia towarzyszące odbiorcą pierwszych animacji Tima Burtona – właściwie utwory Kalinowskiego można nazwać „barwną estetyką à la Burton” – albo „Trzech Cieni” Cyrila Pedrosy. Stylistyka graficzna też się do tego odwoływać, nie będę stwierdzał, że było to zamiarem autora (być może byłaby to nadinterpretacja), ale z pewnością szkice i projekty sylwetek, ze swoją plastyką i proporcją, mogą nieco przypominać nam dzieła zarówno Burtona, jak i Pedrosy.

Uniwersum „Łaumy” oraz „Kościska” także odgrywa tutaj niezmiernie istotną rolę – żeby nie rzec:

najważniejszą. Sztafażowo świat przedstawiony złącza dwie rzeczywistości – realistyczną, naszą – jak i nadnaturalną, zbudowaną na fundamentach i cegiełkach folkloru słowiańskiego. Jednakże w pierwszym wydanym dziele autora natężenie elementów z wierzeń ludowych nie jest tak znaczne i częściej trzyma się realiów, jest zgodne z przekazami. Natomiast w przypadku „Kościska” Kalinowski odważył się na więcej własnych interpretacji i modyfikacji, co rzutowało później na większym nacisku „miejskości” i oswojeniu mitów, niż – jak to miało w przypadku „Łaumy” – na ludycznym wyrazie.

Co ciekawe, komiksy skierowane są generalnie do młodszego odbiorcy i może to cieszyć, bowiem – podobnie jak z „Małym Księciem” – treść pełna jest uniwersalnych prawd, które odczytywane są przez różnych interpretatorów na odmienne sposoby. Warto jednak podkreślić, że zarówno młodzieżowe grono, jak i dojrzalsi czytelnicy znajdą w tomach powody do refleksji.

Gdy zaś podejmiemy się próby obdarcia utworów z szaty magicznej i skupimy bardziej na problematyce, to otrzymamy bardzo poważne tematy, podejmowane przez Kalinowskiego we wcale obiektywny, przejrzysty sposób, który obrazuje czytelnikom, co liczy się i na co trzeba uważać we współczesnym świecie, aczkolwiek podane jest za pomocą zgrabnych metafor. Zręcznie też przemyca tutaj efekty analiz socjologicznych i stara się znaleźć przyczynę ludzkich przypadłości, doprowadzających do dramatów, mimo że same wyrosły z tragedii. Jeszcze jednym ważkim zagadnieniem w obu utworach jest odpowiedzialność oraz wynikające z niej konsekwencje, a ich zobrazowanie ukazane zostało w tytułach na parę sposobów.

Nie gorzej względem całej reszty wypada warstwa graficzna – znak firmowy Kalinowskiego, który podczas lat praktyki zdołał wyrobić sobie charakterystyczny, właściwy sobie styl rysunkowy. Wspomniałem już do kogo może być porównywany, warto jednak zaznaczyć, iż „Łauma” w porównaniu graficznym może wypaść odrobinę mniej artystycznie niż „Kościsko”, ale ze względów na rozbieżności czasowe powstania utworów, możemy się za to przyjrzeć, jak rozwinęła się twórczość autora na przestrzeni siedmiu lat.

Zazwyczaj nie zwracam uwagi na wydania i nie mam zamiaru krytykować opraw komiksów, niemniej w nowych nakładach otrzymujemy dwa tytuły autora w dwóch różnych formatach, co nie jest zbyt przyjemne, ale można to zrozumieć ze względu na przekaz i formułę utworów – co jednak nie zmienia faktu, że miło byłoby gdyby wydawcy pomyśleli nad rozwiązaniem technicznym i utworzeniem jednowymiarowych albumów. I to chyba jedne, co może trochę przeszkadzać w kwestiach niemerytorycznych powieści tych graficznych – a świadczyć to może wyłącznie o wysokiej jakości zarówno wydania, jak i treści oraz formy.

„Łauma” i „Kościsko” na pewno nie są tworami, obok których można przejść obojętnie. Kalinowski już tylko dzięki owym albumom wzbogaca polską szkołę komiksową, udowadniając, że nie musimy wstydzić się ani swej kultury, dziedzictwa, czy obyczajowości, ani tym bardziej sztuki plastycznej, która w Polsce uzyskuje wysoką próbę, a rysownicy osiągają wysokoartystyczne zdolności na miarę światową.

Dyskusja