Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Żarty się skończyły! Za to rozpoczęło się prawdziwe fantasy! – recenzja książki „Utracona Bretania”

Pamiętacie jeszcze „Asystenta czarodziejki”? To była naprawdę lekka, pełna humoru powieść osadzona w świecie podobnym do „Harry’ego Pottera”. Dało się spędzić przy niej kilka przyjemnych wieczorów, jednak zapadała w pamięć jedynie na krótką chwilę. Spodziewać by się można, że drugi tom „Kronik rozdartego świata” zostanie utrzymany w podobnej stylistyce i na tym samym poziomie. Jednak tym razem autorka zaskoczyła miłośników fantastyki i skierowała swoją opowieść na zupełnie inne tory…

Mroczne baśnie braci Grimm

„Utracona Bretania” nie ma w sobie nic z sielankowości poprzedniej części serii. Problemy bohaterów stają się poważniejsze, a otaczająca ich rzeczywistość robi się dużo bardziej mroczna i niebezpieczna. Życie magów przybyłych do Bretanii nie raz zawiśnie na włosku, a perspektywa zagłady obu rozdzielonych światów wcale nie ułatwi im podejmowania decyzji. Nie obejdzie się bez poważnych chorób, amputowanych kończyn, porwań i poświęceń w imię większego dobra. Brzmi stereotypowo? No cóż, to kolejna niespodzianka, jaką autorka przygotowała dla swoich czytelników. Pisarka w umiejętny sposób łączy typowe rozwiązania stosowane w literaturze fantastycznej z zaskakującymi zwrotami akcji. Zakończenia wielu wątków domyślimy się już na początku utworu, jednak część z nich będzie miłą niespodzianką.

Mimo wszystko zwrot opowieści w stronę mroczniejszych klimatów jest nieco dziwnym posunięciem. „Asystent czarodziejki” był książką przeznaczoną dla młodzieży. Szczerze mówiąc, bez przeszkód mogliby sięgnąć po niego nawet nieco młodsi czytelnicy. Kontynuacja „Kronik rozdartego świata” zdaje się być skierowana do trochę starszych odbiorców. Jednym taka rozbieżność nie będzie przeszkadzała, zaś innych może poważnie zdenerwować. Nie ukrywajmy – to trochę tak, jakby od razu przejść z pierwszej do siódmej części „przygód o młodym czarodzieju”. Powaga sytuacji ulega zbyt drastycznej zmianie żeby nie zwrócić uwagi czytelnika.

Szkoła feminizmu i czarodziejstwa

Szczęściem dla powieści postać Vincenta Thorpa schodzi na dalszy plan. Fabułę „Utraconej Bretanii” posuwają do przodu postaci kobiece. Szalona Meg, Belinde, Kathryn, Lily oraz Amandine przejmują pałeczkę i podbijają serca czytelników. Cała piątka to niezwykle sile i niezależne kobiety, które świetnie radzą sobie z przeciwnościami losu. Szczególną uwagę zwraca tutaj ostatnia trójka, która wzbudzi największą sympatię wśród odbiorców. Aleksandra Janusz zrobiła coś, czego nie udało jej się dokonać w poprzednim tomie – wykreowała żywe bohaterki, osoby pełne wad i zalet, które moglibyśmy spotkać w tramwaju czy na ulicy. W trakcie lektury poznajemy nowe fakty z przeszłości poszczególnych protagonistek oraz zapoznajemy się z ich prywatnymi przemyśleniami i motywami kierującymi ich działaniami. Ponadto wszyscy bohaterowie poza Vincentem oraz Belindą rozwijają się na różnych płaszczyznach. Kontrast w porównaniu do „Asystenta czarodziejki” jest pod tym względem wręcz niesamowity.

Niestety jedyny męski protagonista w dalszym ciągu pozostaje niezdecydowaną miękką kluchą. Praktycznie każdemu daje wejść sobie na głowę, a większość ze spotkanych osób potrafi świetnie nim manipulować. Vincent jest mało stanowczy i chociaż posiada olbrzymią moc nie potrafi w pełni jej wykorzystać. Nawet Amandine (pozbawiona zdolności magicznych narzeczona czarodzieja) jest bardziej męska niż on sam. Z jednej strony dobrze, że Mag Pustki nie stanowi kolejnego stereotypowego herosa, który w pojedynkę potrafi zbawić cały świat. Z drogiej natomiast trochę szkoda, że właśnie on pozostaje najmniej ciekawą postacią w całej opowieści.

Bajkowy Happy End?

Styl pisarski Aleksandry Janusz jest naprawdę dobry. Autorka niezwykle sprawnie kreuje literacką rzeczywistość i widać, że z każdą napisaną stroną robi coraz większe postępy. W książce nie uświadczymy zbędnych opisów, ani przydługich dialogów, którymi szczycili się, co poniektórzy polscy wieszcze. Akcja płynnie idzie naprzód, a na czytelnika nie czekają niemal żadne niewyjaśnione wątki. Druga część „Kronik rozdartego świata”, to po prostu rozrywka na przyzwoitym poziomie. Doskonała zabawa czeka nas zarówno przy dynamicznych opisach scen walki, jak i powoli rozwijającym się wątku miłosnym. Zabierając się do lektury nie należy oczekiwać fajerwerków, ale w porównaniu do innych tytułów z gatunku fantastyki, jakie pojawiają się na naszym rynku ten wybija się ponad przeciętność.

Mimo tylu ciepłych słów pod adresem autorki i jej dzieła nie wolno nam zapomnieć o rzucających się w oczy mankamentach. Poza postacią Vincenta oraz nagłą zmianą klimatu należy wspomnieć o banalnym zakończeniu. Rzadko się zdarza, aby powieść skończyła się jednoznacznie negatywnie, ale tutaj róż i słodkości aż wypływają z kart książki. W porównaniu do trudnej drogi, jaką musieli przebyć protagoniści finał utworu wydaje się zbyt prosty, a tym samym sztuczny i drętwy. Odrobina goryczy mogłaby znacznie podnieść wartość całego tekstu i skłonić czytelników do jakiejkolwiek refleksji.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia zaproponowało miłośnikom fantastyki produkt przykuwający uwagę. Okładka powieści jest istnie magiczna i doskonale uzupełnia treść. Jest to jedna z nielicznych książek, które faktycznie powinny zostać opatrzone dodatkowymi ilustracjami – tym bardziej szkoda, że ich nie ma. Czytelnicy z chęcią zobaczyliby jak powinien prezentować się pustkostwór z krwi i kości oraz czy Lucjusz faktycznie był tak uderzająco podobny do Vincenta. Kilka dodatkowych grafik i mielibyśmy słodką wisienkę na torcie.

Ocena: 4/5

Dyskusja