Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kto zamawiał Mrożonego Bohatera? – recenzja książki „Przestrzeń Zewnętrzna. Niezwyciężony”

Kapitan Black Jack powrócił. Na żywe światło gwiazd – Admirał, talizman i ulubieniec tłumów! Przekleństwo i wybawienie rządu Sojuszu. Po czterech i pół latach od polskiego wydania pierwszego tomu podserii „Przestrzeń Zewnętrzna” (siódmego w kolejności) Fabryka Słów oddała w spragnione, trzęsące się ręce fanów „Niezwyciężonego”. Drżenia z radości i podniecenia czy obawy o zmęczenie materiału? Wszak nieco przykurzoną serię wielu zdążyło już wepchnąć na najwyższą półkę ostatniego regału biblioteczki. Samego zaś wyjątkowo fartownego głównodowodzącego spisać na wydawnicze straty. Na stanowiska!

John’a Gearyego wraz z 1. Flotą Sojuszu zastajemy w punkcie epilogu ostatniego tomu „Dreadnought”, zatem pozostajemy w standardach serii. Nastał czas względnego pokoju, piekielnie wyniszczająca wojna pomiędzy ludzkimi odłamami kosmicznej demokracji (Sojusz) i „złymi” ciemiężycielami ludu (Syndykatem) dobiegła kresu. Admirał Geary jednak nie śpi zbyt spokojnie, gdyż na arenę wkroczyła nieznana siła pochodząca z przestrzeni zewnętrznej. Jakoby pod drodze, na gwiaździstym szlaku naszemu w czepku urodzonemu herosowi przydarzył się ślub z kapitanem „Nieulękłego” (Tania Desjani) oraz odnalezienie we flocie potomków rodu Geary, z których jeden poległ w walce (przypuszczalnie, ot twist fabularny). Flotę zaś wydelegowano z misją (samobójczą, a jakże…) celem zbadania i dokonania epokowego kontaktu z obcą rasą (ach, te Star Trekowe nawiązania…). Obcy nazwani Enigmami, stroniący od kontaktów z ludzkością, znają jedynie agresję jako formę udzielania odpowiedzi i zazdrośnie strzegą swych sekrecików.

Na ostatnich stronach VII tomu mamy wielką bitwę w systemie Midway, wraca sprawa kolapsu wrót hipernetu, obawy o zniszczenie pęt konstrukcji i zagłady całego życia w systemie. Tytułowy pancernik „Dreadnought”, którym dowodzi krewniaczka admirała ratuje sytuację, zaś książka kończy się w nieco westernowym stylu, gdy kpt. Desjani rzuca emfatycznie (ulubione słowo Autora cyklu) „jakoś to będzie”. Oczywistym pozostaje stwierdzenie, iż kolejny tom oczytają znający serię od pierwocin oraz mający w pamięci wątki z blisko trzech i pół tysiąca stron serii. Banał, a jednak.

Autostopem przez galaktykę…

John G. Hemry aka Jack Campbell otwierając „Niezwyciężonego” po raz -nasty (ponownie klasyk serii) przypomina Czytelnikowi, na wszelki wypadek, abyśmy brońcie Przodkowie nie zapomnieli o heroicznym czynie Black Jacka, narodzinach legendy i stuletniej hibernacji w kapsule ratunkowej oraz mistycznym odnalezieniu oficera. Dalej już leci z górki, a raczej z ekliptyki, wprost ku żywemu światłu gwiazd. Od początku wątek obcych, nowej rasy nieco się rozlazł. Umykającą pokiereszowaną 1. Flotę dopadają inni obcy (sic!), a za kolejnym skokiem nadprzestrzennym kolejna rasa nazwana Pająkowilkiami lub Odralami (odrażającymi robalami).

Bez znajomości oryginalnej nazwy, polskie tłumaczenia napotkanych gatunków pozostają dość kłopotliwe (?) i zabawne, acz wedle mej oceny nie pasują do militarnego charakteru wcześniejszych przygód. Abstrahując oczywiście, iż admirał Black Jack jest niezniszczalny, prawie nieomylny i ma większy fart niż James Bond i Indiana Jonse pod jednym kapeluszem, traci ledwie kilka mniejszych jednostek, zaś załogom i sprzętowi coraz mocniej dokazuje przedłużający się czas misji. Jak na komendę przed jednym z decydujących starć wysiadają poszczególne podzespoły, kończą się zapasy ogniw paliwowych, napędy odmawiają dalszej pracy etc. Czymże są takie drobnostki dla Admirała Black Jack’a? Małym piwem przed lunchem. Bezalkoholowym oczywiście.

Flota idzie dalej. „Misiokrowy” bądź krowodźwiedzie przywodzą na myśl Ewoki z „Gwiezdnych Wojen”, zaś Pająkowilki rozkładają powagę sytuacji space opery. W pełni przyjmuję „wyczerpalność” pomysłów Autora na kolejne setki stron przelotów floty i walkę z coraz inszym wrogiem ludzkości (połączonej wszak po stuletniej wojnie domowej, abyśmy nie zapomnieli!), lecz główny wątek zbladnął, o ile nie przydusiły go mini-zwroty w fabule, podsuwane przez Autora. Niestety niezbyt zręcznie. Pomiędzy rozdziałami powraca również wątek przekomarzania się admirała z emisariuszką Wiktorią Rione, boleści jej uwolnionego z syndyckiego obozu męża znającego przerażającą tajemnicę o biologicznej broni masowego rażenia („Wielki Książę”), „papierowe” małżeństwo z Tanią oraz naprawdę długie sekwencje przelotów podczas kosmicznych starć. Smaczek w postaci „Galaktopedii” wyraża ukłon w stronę globalnego źródła wiedzy Starej Ziemi.

Ku chwale nieskończoności…

Doskonale pojmując „Zaginioną Flotę” jako space operę z elementami kosmicznej fantastyki militarnej, doceniam kunszt prowadzonych piórem bitew, wszak bez daremności Autor były oficera marynarki wykłada praktyczne znawstwo rzemiosła. Przeloty, manewry, obliczanie czasu przejścia, redukcja prędkości przy salwach, epickie pościgi rodem z korsarskich wód XVII wieku. Cudowność dla miłośników wojskowości. W tym bezdennym oceanie piekielnych lanc i morzach kartaczy Autor notorycznie zdaje się jednakże zapominać, iż okręty „idą”. Przemieszczają się w próżni, a zamienione środowisko czasem przywodzi na myśl rozległy horyzont akwenu, ów „błąd” występuje notorycznie w każdym z tomów, próżnia różni się od wody. Diametralnie. Puste ładownie jednostek pomocniczych wpływają na manewrowość przy zerowym tarciu? Czyżbym nie uważał na lekcjach fizyki? Choć na stronicach najdzie się nieco więcej drobnych przekłamań i nadciągnięć, nie rzutują one na doskonałą rozrywkę jaką daje „Niezwyciężony”.

Po ustabilizowaniu sytuacji z zajadłymi „Ewokami”, admirał dokonuje taktycznego cudu za cudem, prowadząc podkomendnych ku Midway, aby zataczając kosmiczną pętlę powrócić do przestrzeni Sojuszu. Ku domowi. W międzyczasie rozwija się wątek politycznej intrygi i spisku w sercu przywódców Sojuszu, tkających misternie i cierpliwie sidła na biednego admirała Gearyego.

Pokonanie „misiokrów” skutkuje przejęciem superpancernika, największego okrętu jaki widzieli marynarze Sojuszu. Pokiereszowana jednostka wroga, otrzymuje załogę pryzową oraz nowego dowódcę. I oczywiście stosowną nazwę – „Niezwyciężony”. Epilog poświęcono rebelii w układzie Midway, napomknieniu o podziale pośród Syndyków oraz dalszemu lotowi 1. Floty wraz z przedstawicielami obcej rasy z posłannictwem dla Rządu Sojuszu. Wciąż długa droga przed admirałem Black Jackiem. Syndycy (byli) mają swoje plany wobec nowego nabytku marynarki Sojuszu, nowi sprzymierzeńcy Gearyego wciąż wzbudzają podejrzenia, Enigmowie czają się pod ciemnej stronie gwiazd, zaś wspomniana pętla robi się coraz ciaśniejsza.

Wychodzimy z nadświetlnej!

Autor nie zaskakuje niczym szczególnym w ósmej już odsłonie serii. „Zaginiona Flota” choć miewa przebłyski (relatywnie rzeczywiste opisy starć, opasłość książki, lekkość czytania), ewidentnie dostała zadyszki. Rezerwy ogniw paliwowych dobijają do niebezpiecznie niskiego pułapu. Książkę połknąłem dosłownie w dwa wieczory, ubawiłem się przednio. Choć końcowy zgryz fabularny udowadnia, iż Jack Campbell dla tytułowego Jack’a Gearyego ma jeszcze kilka bitew do stoczenia. Oby jednak admirał nie musiał ich toczyć z samym sobą, gdyż każdy kolejny okrętów przelot powodował niemiłe wrażenie znużenia. Seria sama w sobie nie pretenduje do misternego poziomu intryg rodem z „Gry o Tron”, stanowi raczej miłą odskocznię przy kawce, popołudniową porą, gdy pogoda woła pod koc, a my lubimy mydlane opery z wątkiem latania w kosmosie.

Wobec technicznego wydania książki brak jakichkolwiek zastrzeżeń. Okładka pozostaje spójna z poprzednim tomem, rozmiar oraz papier również nie uległy zmianie. Osobiście bardzo chętnie po zamknięciu serii ujrzałbym wydanie w twardej oprawie, o jednolitym motywem na okładkach.

Z radością w sercu i wiadrem kawy wypatrywać będę w zapowiedziach wydawniczych Fabryki Słów IX tomu pt. „Guardian”. Z pewnością pochłonę tom równie łapczywie, acz obecnie podchodzą do dalszych przygód 1. Floty z lekką obawą i rezerwą. Jednakże, gdy nadejdą rozkazy wskoczę znów na pokład Nieulękłego, aby na własnej skórze, schowany za grubymi okularami przekonać się kiedy Black Jackowi skończy się dobra passa…

Ocena: 3.5/5

Dyskusja