Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Numer 1 na liście Gaimana – recenzja książki „Amerykańscy bogowie”

Cień nie miał lekkiego życia, szczególnie, że przez ostatnie trzy lata przebywał w zamknięciu więzienia. A gdy niedługo zbliża się dzień jego wyjścia, dowiaduje się, iż jego żona przyprawiła mu rogi, ale nie był to największy cios losu skierowany w serce Cienia. Kiedy już opuścił zakład dowiedział się, że ukochana, Laura, opuściła ten świat. Po pogrzebie, sens wszystkiego, co dotychczas trzymało go przy życiu odeszło. Włócząc się po rozdrożach, knajpach i przeróżnych przybytkach – z lotniskiem włącznie – natrafia na niejakiego pana Wednesdaya, który „tylko” przypadkiem oferuje mu pracę szofera, choć na tym nie ograniczają się jego obowiązki.

Tak oto Cień, ponury i wciąż pogrążony w rozpaczy, za pomocą nowej, budzącej pewne obawy, posady, stara się odepchnąć myśli związane z tragedią, jaka go niedawno spotkała. I chociaż świat wokół wydaje się raz szarawy, raz czarny, to na drodze pogrążonej w mroku rozświetlają mu neony wcale osobliwych osobistości, które z początku wydają się gromadką rodem wydartą z najbardziej świrniętego domu wariatów, a z czasem zaczynają jawić się jako istoty wyższego rzędu, co jeszcze bardziej niepokoi Cienia. Do tego należy dodać, że w Ameryce rozpala się zarzewie wojny, a zwykły śmiertelnik zapewne nigdy by się o niej samej i jej przebiegu nigdy nie dowiedział.

Zdobywczyni nagród Hugo, Nebula, Locus, a nawet Bram Stoker Award książka Neila Gaimana stanowiła rewolucję w literaturze fantastycznej i po dziś uznawana jest za wyznacznik drogi do ideału urban fantasy, to powieść drogi najwyższej próby, która mimo wielu statycznych scen, bez przerwy przykuwa uwagę czytelnika i dostarcza mu powodów do tego, aby przewracać następne kartki. Gaiman zadbał o to, żeby fabuła nie miała jasnego rozwinięcia, by powoli, stopniowo odsłaniała karty historii oraz metodycznie podsuwała odpowiedzi na wiele sekretów tego świata.

Myślę, że tę książkę bez problemu można też nazwać „swojską”, acz w amerykańskim stylu – to tak naprawdę nieco podkoloryzowane (magią, mitologią i podaniami) motywy kultury Stanów Zjednoczonych Ameryki, do których przyzwyczaiły nas media. Owocuje to tym, że czujemy się tak, jakbyśmy dobrze znali nakreślane przez Gaimana (delikatnie) realia, czuli klimat przydrożnej knajpki z boksami, przedmieścia metropolii czy domek nad jeziorem na uboczu górskiego miasteczka, odciętego odrobinę od wielkiego świata. Wszystko to sprawia, że bardzo łatwo jest nam tworzyć projekcje uniwersum w naszej wyobraźni.

Z bohaterami sprawa ma się podobnie, ponieważ mimo że większość istotnych dla fabuły postaci jest tak naprawdę – żaden spoiler! – bogami, to posiadają cechy ludzkie, co przekłada się na wiele wad i zalet w rysie charakterologicznym. Taki zabieg pozwala nam łatwiej się z nimi identyfikować, chociaż najwięcej uwagi przyciąga mrukliwy, acz niepozbawiony rozterek wewnętrznych protagonista – Cień. On to właśnie wydaje się nam sylwetką dość komiczną a zarazem pogrążoną w patosie: nie ma się jednak co dziwić, z jednej strony niezręczne sytuacje i klasyczne „nie odpowiednie miejsce, nieodpowiedni czas” robią swoje, z drugiej jednak doskonale zdajemy sobie sprawę, jakie psikusy zrobiło mu życie (więzienie, zdrada i śmierć żony). Ale taki wizerunek to nierzadko satyra nas samych.

Zapytacie pewnie, czy pochwały względem powieści twierdzą, że jest bez wad? Mogą, choć książka ma pewne niedociągnięcia. Na pierwszy plan wysuwa się naiwność bohaterów, którzy powinni budzić nie tylko poczucie wyższości, to jeszcze emanować jako taką mądrością, a często pomyślunku im brak. Antagoniści są ciekawi i sekretni, niestety zakres ich umiejętności (w lwiej części) nie jest nawet zasugerowany, mimo że wyraźnie widzimy ciekawy owoc, który został za sprawą tych tajemniczych mocy dokonany – oczywiście, nie zostaje to rozwiązane do końca lektury. Na koniec pozostaje tylko kwestia punktu kulminacyjnego, który już na początku sprawia, że domyślamy się zwieńczenia. I tyle w temacie.

Jeżeli chcecie sięgnąć po „Amerykańskich bogów” to mogę powiedzieć tylko tyle, że powieść oczarowała mnie swoim wyrazem, charakternością bohaterów i bardzo sprawnie przedstawioną opowieścią, która pobudza wyobraźnie, imituje – podobnie jak „Gwiezdny pył” – baśniową konwencję oraz przypomina nam, że nasze życie zawsze może mieć sens i cel.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja