Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Azyl (nie)człowieczeństwa – recenzja książki „Za jeden wiersz”

Zastanawiając się nad codziennością pod kątem przydarzającego się nam od czasu do czasu nieszczęścia o charakterze najczęściej trywialnym (spóźnienie na autobus, zgubienie banknotu, przegrana w debacie), nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to błahostki, których żadną miarą nie można analogizować z pechem, jaki przytrafił się razu pewnego Liao Yiwu, chińskiemu poecie, a przede wszystkim człowiekowi mówiącemu prawdę, krytykującemu otaczającą rzeczywistość, w szczególności politykę – za co został bezprecedensowo umieszczony w ośrodku karnym. Gdzie przez cztery lata zażywał dobrodziejstw piekła.

Wszystko zaczęło się w lipcu 1989 roku, gdy przez świat przemknęła wieść o wielkich protestach na placu Tian’anmen, gdzie doszło do krwawych pacyfikacji, w których śmierć poniosło dwieście czterdzieści jeden osób (w tym milicja), a około siedem tysięcy zostało rannych. Wówczas to właśnie niejaki Liao Yiwu, młodzieniec parający się poezją, wiodąc przy tym życie beztroskiego bradiagi, postanawia włączyć się w protest, ogłaszając publicznie swój poemat „Masakra”, uznany potem przez władzę za godzący w komunistyczne struktury. Sam Yiwu zostaje jednak przyłapany tuż po tym, jak wraz ze znajomymi nakręcił film o wyrazie bezspornie antysystemowym – to było kolejnym czynnikiem wtrącenia go do azylu.

Mając za sobą – jakże urokliwy i romantyczny – wstęp do historii, trzeba wiedzieć, że autobiograficzny reportaż został napisany z niezwykłą wrażliwością liryczną, która nie raz i nie dwa pobrzmiewa na kartach utworu, przeciskając się przez wstrząsające opisy, potęgowane świadomością odtwarzania rzeczywistych wydarzeń. Autor stara się w swej książce przekazać – a także objawić – jak sam patrzy na świat, po zdarzeniach minionych dni, lecz przede wszystkim ma zamiar wystawić czytelnikom sytuację chińskiego wymiaru sprawiedliwości – nie stroniąc bynajmniej od sfer powiązanych z karami i torturami, a tych przyznać trzeba w owym więzieniu Yiwu doznał niemało.

Oto bowiem autor snuje empiryczną opowieść – reportaż – o człowieku, który znalazł się w miejscu pełnym przemocy, samotności i rutyny. Swe refleksje i spostrzeżenia przemyca między „suchą, niby-niewartościującą, obiektywną” narracją, dzięki czemu czytelnik ani nie ma odgórnie narzuconej przez Yiwu sposobu interpretowania dzieła, zaś sam adresat – od początku ustawiający zapewne przemoc na pierwszym miejscu w hierarchii cierpienia – być może niejednokrotnie się zaskoczy, ponieważ czasem to nie brutalność strażników i współwięźniów okazuje się – wg książki – w tym więzieniu największym utrapieniem.

Nie jest to jednak jedyne, co można wyciągnąć z „Za jeden wiersz”, to także próba obnażenia totalitarnego reżymu, w jakim przyszło żyć ongi wagabundzie, później człowiekowi doświadczonemu i banicie; systemu, który wespół z rzeszą sobie podobnych chciał obalić – ta historia, to nie zapis życia poety, to zapis ofiary politycznej, kogoś kto się nie bał postawić na swoim, przez co cierpiał.

Liao Yiwu kunsztem słowa, wariacją i udziwnianiem języka zaskakuje na równi ze swą historią – tym razem jednak jest to zachwyt ze wszech miar pozytywny. Jak już wspominałem, godzi tutaj reportażową formułę, specyficzne oko na świat, z poetyckimi akcentami, a do tego częstokroć wykorzystuje sarkazm, co tworzy niezwykłą kompozycję formalistyczną, kontrastującą z niewartościującymi fragmentami. Nie brak tutaj także akcentów autotematycznych, podanych tak subtelnie, że łatwo ich nie zauważyć. Jednak to brak odautorskiej cenzury przy naturalistycznych scenach (autentycznych) sprawia, że książka przekazuje nam holistyczne empiria z okresu czterech lat, jakie przebywał w chińskim więzieniu.

„Za jeden wiersz” to literacka podróż do piekła na ziemi, piekła, które dla zachodnich kręgów kulturowych jest czymś, kojarzonym ze średniowieczem bądź okresem wojennym, piekła rzeczywistego i niemalże destruktywnego dla swych „lokatorów”. Yiwu, człek „bywały”, stworzył relację z przetrwania, bynajmniej nie należącego do rzeczy błahych w wykonaniu, do tego piętnującego się na psychice, a mimo to autorowi udało się wyjść stamtąd o zdrowych zmysłach, odkrył bowiem w azylu coś, czego nikt by się tam nie spodziewał.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja