Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nowy wypaczony świat – recenzja książki „Oryks i Derkacz”

Margaret Atwood w 2003 roku zaskoczyła czytelników na całym świecie książką, która zagrała na podobnych strunach ludzkich emocji i myśli, co „Rok 1984” George’a Orwella, acz miast powielić schematy i stworzyć kolejną political fiction, wykreowała ona świat łączący w sobie absurd, postapokalipsę oraz fantastykę psychologiczno-antropologiczną. Oto bowiem przed czytelnikami wznowienie historii ostatniego homo sapiens oczami autorki o poglądach proekologicznych i feministycznych, co nierzadko ma istotne odzwierciedlenie w aspektach problematycznych książki.

Przede wszystkim nie mamy tutaj uregulowanego do końca świata przedstawionego i fabuły – a rozumie się przez to, że umieszczenie go w konkretnej konwencji, gatunku czy rodzaju literackim jest bardzo utrudnione. Z jednej strony to bezsprzecznie science fiction, choć nie Atwood nie stawia czytelników w konfrontacji z twardymi, futurologicznymi założeniami; potem z pewnością subgatunek fantastyki postapokaliptycznej, ale i nieco surrealistyczne nuty od czasu do czasu pobrzmiewają, niemalże podając pałeczkę specyficznej odmianie oniryzmu – na koniec zaś utwór jawi się jako satyra kierunku rozwoju ludzkiej cywilizacji, która miast utrzymywać się w duchu moralnych i etycznych wartości, zboczyła na hedonistyczno-pragmatyczno-konsumpcjonistyczne ścieżki, doprowadzając do bad grand finale. Owa tematyka wynika nie tylko z krytycznego podejścia Atwood do świata, ale też do obserwacji – i choć minęła już ponad dekada (powoli zbliża się mendel) od pierwotnego wydania powieści, nie zestarzała się, natomiast treść zgodnie z regułą „dzieła w ruchu” nabrała nowych znaczeń, a stare zintensyfikowały się, uwypukliły i udowodniły, że czasem hiperbolizacja może nie mijać się tak dalece od przyszłości. Tak przynajmniej jest w przypadku „Oryks i Derkacza”.

Jednak fabuła niektórych może zawieść, bowiem autorka nie czyni intrygi – podług Arystotelesowskiego credo – najważniejszą częścią utworu, ona nie jest wprawdzie pretekstem, lecz drogą wypadową do przedstawienia tematów i problematyki. Yeti, zdaje się, jest ostatnim przedstawicielem swego gatunku, zdziesiątkowanego przez śmiercionośną zagładę, będącą konsekwencją któregoś z licznych eksperymentów à la zabawa w boga. Za towarzystwo ma wyłącznie Dzieci Derkacza, istoty stanowiące uosobienie wyidealizowanego kanonu piękna, przypominające ludzi, lecz bardzo odeń odległe. Stroniące i przejawiające inne systemy behawioralne, nie przejawiające instynktownego pociągu do rywalizacji czy oddający się seksualnym popędom. Słowem – posthumanistyczna era nastała, a w niej bryluje nieewolucyjna forma człowieka, syntetycznie wytworzona.

W takim środowisku Yeti czuje się jeszcze bardziej osamotniony i wyalienowany, niczym obcy, bez powiązań przybysz, próbujący osiedlić się w hermetycznych okolicach Japonii, tylko że dla Jimma (takie niegdyś nosił imię) ówczesność nie ma znaczenia, bo wszystko, co było czegoś warte przeminęło. Druga linia czasoprzestrzenna – skupiona na reminiscencyjnych introspekcjach głównego bohatera – sięga czasów, gdy jeszcze zagłada nie nadeszła, a Yeti mógł obcować z przyjacielem, Derkaczem, do czasu aż nadeszła, Oryks, kobieta, która poróżniła tę dwójkę.

Mając przed sobą dwie płaszczyzny, czytelnik powoli konstruuje sobie obraz całości, odkrywa wszystkie elementy przyczynowo-skutkowe i poznając osobliwą kompozycję świata przedstawionego, gdzie miasta zostały pożarte przez zmodyfikowaną roślinność, a po okolicy pałętają się stwory zoomorficzne, stworzone, aby jeszcze bardziej zwiększyć wydajność produkcyjną żywności. W tym wszystkim interpretator może zacząć dostrzegać symbole, indeksy, alegorie odwołujące się bezpośrednio do nieetycznych działań ludzkości, które – jak wskazuje wydana jakiś czas temu książka – zostały niemalże przepowiedziane przez autorkę, co nie wróży nic dobrego, bo to właśnie one doprowadziły do ekologicznej apokalipsy.

Nie jest to także powieść pisana w stylu Orwella, nie ma w niej charakterystycznej nowomowy czy czegoś na jej kształt, ale są za to uwypuklone czynniki typowe dla antyutopii – założenia utopijne doprowadzają do chaosu, zagłady, niszczą wszystko to, do czego rzekomo dążyły i spaczają nie tylko siebie, lecz także dotychczasowe osiągnięcia cywilizacyjne. Atwood pisze wprawdzie językiem niezbyt górnolotnym (bynajmniej też nie potocznym czy przesadnie prostym) – warstwa leksykalna w „Oryks i Derkacz” jest czysta, zrozumiała, tworząca złożoną, dopracowaną i wiarygodną konstrukcję świata przedstawionego, a do tego narracyjny majstersztyk. Pojawia się w książce również niemało kontrowersji, jak wątek romansowo-erotyczny, potęgujący wydźwięk utworu.

Podchodząc do „Oryks i Derkacz” trzeba mieć jednak na względzie, że nie jest to lekka lektura, pozbawiona niełatwych tematów, to nie postapokaliptyczna wizja, pełna akcji czy stalkerskich eskapad, to antyutopia, przedstawiająca melanż quasi-protokultury i atawizmu w radyklanej formie, bowiem nie brak w książce pedofili, perwersji, zboczeń i zachowań w krzywym zwierciadła.

Ocena: 4/5

Dyskusja