Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pięciu królów – recenzja mangi „Requiem Króla Róż” #5

Wojna Dwóch Róż w „Requiem…” trwa w najlepsze – i chociaż autor nie ukazuje teraz bitewnych pól zbroczonych krwią oraz rycerskich pojedynków na śmierć i życie, to – za pomocą mangowej formy przekazu i własnego stylu – stara się odtworzyć (opierając się na faktach, acz na fikcji również niemało) realia tamtego okresu. Czyni to, trzeba przyznać, całkiem udatnie.

Piąty tom cyklu Aya Kanno stanowi nic innego, jak rozkręcanie się akcji z poprzedniej części oraz rozwijanie dworskich intryg, które co chwilę przyczyniają się do przewartościowywania układu sił na angielskiej szachownicy. Jak udowadniają wydarzenia – odrobinę naiwne, choć można przymknąć na nie oko – z najnowszej odsłony, wystarczy jeden zbieg okoliczności, jeden drobny wyczyn, czy informacja, aby cała arena polityczna została zachwiana i pionki zmieniły się w szlachetniejsze figury, zaś otoczenie króla popadło w niełaskę. Nietrudno się domyśleć, że większość nie zależy od praw do tronu, lecz od poparcia arystokracji, a Aya Kanno zmyślnie to akcentuje – w pewnym momencie na arenie pojawia się nawet pięciu „królów” (analogia nie tyleż do historycznych faktów, co do „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina, wzorującego się na tym samym okresie), acz nie pomija też dość osobliwego życia obyczajowego, szczególnie księcia Ryszarda.

Król Edward York póki co nie ma lekkiego żywota władcy, nie dość, że żona knuje coś na boku, to jeszcze zostaje porwany przez brata i hrabiego Warwicka, aby wymusić na nim zrzeczenie się praw do tronu na rzecz młodszego Jerzego. Trzeci z rodzeństwa, Ryszard z kolei stara się odbić monarchę i przywrócić pokój w rodzinie, lecz jego metody, choć skuteczne, budzą w nim samym odrazę, a w innych fascynację oraz ciekawość. Jednak gdy nic nie idzie po ich myśli, na arenę powraca nowy gracz i to on może okazać się czarnym koniem wyścigu po koronę. Chociaż znając historię i przywiązanie Kanno do trzymania się wyrazistych punktów w dziejach, możemy spodziewać się (nie tak) wielkich niespodzianek.

Scenariusz komiksu nie należy ani do tych odkrywczych, ani do nietuzinkowych, czytelnik znając topiczne schematy spodziewa się wielu zagrywek ze strony autora i je otrzymuje, zwroty akcji też nie wliczają się w poczet suspensu najwyższej próby, acz czasem naprawdę zaskakują. Jednak to nie powieść graficzna wysokich lotów, ambitna i grająca na intelektualnych strunach adresata, to utwór rozrywkowy, z elementami komicznymi oraz historią, wzorowaną na tej prawdziwej – Wojnie Dwóch Róż, gdzie motywy fantastyczne subtelnie przeplatają się z realistycznymi, ani nie przesadnie nie wpływając na świat przedstawiony, ani też nie są wciśnięte na siłę.

Warstwa graficzna również nie została wykonana wysokoartystycznym stylem, acz nie można powiedzieć, że autor potraktował ją po macoszemu – na planszach możemy za to podziwiać schludną, prostą i przyjemną dla oka kreskę, dynamiczne sceny, natomiast najczęściej mało szczegółowe tło, szaty, postacie oraz rzucane przez obiekty cienie wypełnia raster, co odrobinę nadaje ilustracjom głębię.

Piąta odsłona cyklu „Requiem Króla Róż” Aya Kanno oferuje nam to, co poprzednie tomy – całkiem ciekawie zawiązujące się wątki obyczajowo-historyczne, dworskie intrygi i knowania możnych, spryt oraz wyraźne rysy charakterologiczne konkretnych bohaterów, a do tego mnóstwo wyważonego humoru, skrojonego i wciśniętego w odpowiednie momenty fabuły. Słowem – warto się chwilę odprężyć oraz wyczekiwać szóstego tomu.

Dyskusja