Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Baśń się baje… – recenzja komiksu „Baśnie. Królewna Śnieżka”

Dziewiętnasta odsłona oryginalnej i bardzo ciekawej serii „Baśnie” Billa Willinghama wyraźnie zmierza ku końcowi cyklu. Scenarzysta stara się uzupełniać główny wątek, którego stery już na dobre przejęła rodzina Bigby’ego Wilka i Królewny Śnieżki, pobocznymi motywami – raz wychodzi to interesująco, a w drugim wypadku odnosi się wrażenie wplatania i rozwałkowywania opowieści „na siłę”. Jeżeli zaś spojrzymy na trzony fabuły – jest gorzej od poprzedniej części, ale wciąż intrygująco, bowiem tom osiemnasty niełatwo było – i zapewne już się nie uda – przebić.

Nim zasadniczo rozpocznie się właściwa akcja „Królewny Śnieżki”, autor raczy czytelników opowiadaniem „Rewolucja w Krainie Oz”, czyli zwieńczeniem wątku Bufkina i Lily – ciągnącym się od paru tomów w tempie wręcz ślimaczym, ale teraz nagle wszystko w okamgnieniu się rozwiązuje, choć nie są to rozwiązania bynajmniej skomplikowana i bliżej im do naiwnych logicznie metod, niż do przemyślanych i spójnych z całością sposobów. Wprawdzie to przyjemna, niezobowiązująca historyjka, która jest ukłonem dla fanów serii, a przede wszystkim osób lubiących postać Bufkina, lecz wcześniejsza narracja przyzwyczaiła odbiorców do nieco innego podejścia do tego wątku, nadającego mu rangę czegoś ważnego dla uniwersum – co w ostatecznym rozrachunku okazało się wyłącznie poboczną opowieścią, ani przesadnie nużącą, ani tym bardziej ambitnej, wybitnej, czy nawet wnoszącej coś do fabuły całości. Choć, kto wie, czas pokaże – jeszcze przed nami trzy tomy.

Główne motywy z kolei bazują na poszukiwaniu dwójki zaginionych dzieci przez Bigby’ego oraz nagłego pojawienia się pierwszego narzeczonego Królewny Śnieżki, roszczącego sobie prawa do jej ręki, a owym oblubieńcem okazuje się jeden z niespodziewanych Baśniowców, który – jak się okazuje – panuje nad szpadą i magią w stopniu tak nieprzeciętnym, że żona Wilka zostaje uwięziona, zaś wszyscy z nowego Baśniogrodu nie znają sposobu na jej szybkie uwolnienie. Sama historia przetykana jest motywem konfrontacji Bestii z Błękitną Wróżką, nabierającej dość humorystycznego, acz nie mniej poważnego wyrazu – bezpośrednio związany z tym Dżepetto na razie nie spodziewa się, co przygotowuje mu los. I jego szlachetny obrońca.

W przypadku trzonu fabuły sprawa ma się lepiej niż przy okazji „Rewolucji w Krainie Oz” – tempo akcji i rozwój wypadków satysfakcjonują, zaś niektóre nieścisłości i brak logiki w niektórych działaniach tuszują mocniej zaakcentowane elementy, które odbiorcę cieszą. Oczywiście scenariusz nie uwzględnił aż tak istotnego przekazu, jak „Maluchy w Krainie Zabawek”, ale po raz kolejny widzimy, że coś w postaci zła może być dobre, a piękno nie zawsze niesie za sobą bezpieczeństwo, poświęcenie z kolei to rzecz najistotniejsza, mimo że czasem zbyteczna i pośpieszona. Czasem można mieć tylko wrażenie przegadania niektórych scen, jednak wszystko dopiero przed nami, lecz większość wątków zaczyna „na dobre” się zamykać.

Mający w pamięci portrety psychologiczne dwójki rodzeństwa oraz sposób ich przedstawienie w poprzednim tomie, zapewne teraz poczują lekkie rozczarowanie, bowiem bohaterowie raczej – poza swoimi najbardziej pragmatycznymi zachowaniami – nie wykazują się czymś głębszym, odgrywają po prostu swoje role, choć postępowanie, co poniektórych budzi podejrzliwość, ale to zapewne rozwinie się dopiero w następnych częściach. Na razie otrzymujemy antyarchetypy tradycyjne już dla owego cyklu, co nie zmienia faktu, że i kanoniczne wzorce bajek mają miejsce w komiksie.

Warstwa graficzna natomiast utrzymuje stałą dla serii poetykę, mieszającą współczesną szkołę amerykańską z klasyczną amerykańską i zachodnioeuropejską, może za wyjątkiem opowiadania „Rebelia w Krainie Oz”, która to została narysowana w stylu quasi-kredkowym, ale to nic nowego w cyklu, bowiem stałą metodą jest odcinanie pobocznych historyjek wizualnie od głównego wątku. Plastyczna kreska, odpowiednie cieniowanie i balans, znakomite okładki i zachowane proporcje, a przy tym dobrze nałożone kolory – tego możecie po „Baśniach” zawsze oczekiwać.

Jednak nie ma się, co oszukiwać, „Królewna Śnieżka” jest zasadniczo etapem, mającym zamknąć kilka wątków przed grande finale – autor zastosował w powieści graficznej parę chwytów i tricków, zaskakujących czytelników, acz wielu rozwiązań można się było już dawno spodziewać. Niemniej, choć dziewiętnasty tom nie dorasta „Maluchom w Krainie Zabawek” do pięt, wcale przyjemnie było powrócić do znanego, zabawnego, ale i angażującego oraz niosącego za sobą pewną dawkę emocjonalną świata.

Dyskusja