Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Róża marnotrawna – recenzja mangi „Requiem Króla Róż” #6

Wojna Dwóch Róż nie ustaje, choć to kto z kim, kto przeciw komu, zaczyna się mieszać – autor bazując na historii w ciekawy sposób odtwarza i moduluje wątki jednego z ważniejszych konfliktów w dziejach Anglii. Rozterki wewnętrzne bohaterów, gwałtowne zmiany w układzie sił, ogromne starcia, dobrzy królowie, dworskie knowania czy zdrady kumulują się w szóstej odsłonie „Requiem Króla Róż”, cyklu zmierzającego do ostatecznych momentów kulminacyjnych.

Aya Kanno nie ustępuje i konsekwentnie ciągnie swą opowieść we właściwym sobie rytmie, szafując ogranymi w ramach cyklu motywami, które wciąż nie nużą, zwłaszcza w wykorzystanym przezeń kontekście. Jednak wzorem Szekspira, autor stara się dotychczas serwowane motywy nadprzyrodzone przemienić w wymysł wyobraźni, uszczerbek na psychice bohatera, czego można się było domyśleć, acz realizacja robi wrażenie.

Młody Ryszard York permanentnie pozostaje w stanie rozdarcia, ale teraz zaczyna dostrzegać drogę, którą musi kroczyć. Dokonuje istotnych wyborów i obiera sobie cel, postanawiając, że wykona go w iście machiawelistycznym stylu. Po trupach – w przenośni i rzeczywistości. Edward York z kolei ma zamiar sięgnąć po to, co według niego i jego rodu, należy się dziedzicom spod białej róży, kluczową figurą w nadchodzącym starciu ma okazać się jego brat Jerzy, który nie tak dawno go zdradził. Lancasterowie natomiast pozostają w cieniu, prócz króla Henryka, piastującego obecnie urząd monarchy.

Fabuła z tomu na tom staje się coraz bardziej skomplikowana, a nawarstwiające się wątki poboczne się rozbudowują, na szczęście autor stara się skupiać na konkretach, nie dostarczając odbiorcy w odsłonie zaledwie wyrywków z poszczególnych motywów. Na bok odeszła nieco historia z Małgorzatą, zepchnięto odrobinę rolę Elżbiety, ścieżka Buckinghama ukazała się zasadniczo pod koniec, ale tego wymagała intryga utworu, która musiała ruszyć „z kopyta”, aby nie popaść w statyczność i nie oferować wyłącznie scen dramatycznych albo quasi-romansowych. Wartka akcja, jak to zwykle bywa, wypełnia się jednak dopiero pod koniec tomu, pozostawiając czytelnika z cliffhangerem.

Warstwa graficzna nie uległa zmianie – Kanno utrzymuje stały poziom. Zilustrowane sceny są wyraźne, przejrzyste, brak w komiksie zasadniczo szczegółowości, ważniejsze są proporcje oraz mimika, bardzo dobrze oddająca emocje bohaterów. Czasem odbiorca natrafić może na detale ubioru bądź uposażenia, jednak w znacznej części mamy do czynienia z polami, wypełnionymi standardowo za pomocą rastra. Nie brakuje też typowych zastosowań metody zdrapywania.

Szósta odsłona „Requiem Króla Róż” nie jest w niczym odkrywcza, ale to i dobrze, bowiem czytelnik sięga po sprawdzoną rozrywkę, która w małym stopniu może okazać się również edukująca. Choć w tej sferze należy uważać, bowiem adaptowane motywy historyczne przeszły w mandze przez autorskie filtry. Słowem – wartka akcja, dworskie intrygi i bohaterowie z problemami. Czyta się jednym tchem.

Dyskusja