Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Obawy odeszły precz… – recenzja książki „Piasek Raszida”

Pomimo początkowych obaw Brandon Sanderson nie traci formy nawet w prozie skierowanej dla młodszych czytelników, a drobne potknięcia świadczą wyłącznie o staraniach autora i wdrażaniu się w tego typu literaturze. W „Piasku Raszida” nie brakuje wszystkiego tego, co u amerykańskiego pisarza cenimy – za Intertekstualność wewnętrzną i zewnętrzną, za grę schematami, charakterystyczne podejście do systemów magicznych oraz dowcip, ten to się wręcz w pierwszym tomie cyklu „Alcatraz kontra Bibliotekarze” wyostrzył.

Jednak pierwsze strony nie nastrajają pozytywnie do lektury – autor meandruje podrzucając nam świat w puzzlach, często urywa narrację i skupia się na komentarzu wydarzeń oraz dopowiadaniu informacji o sobie samym, z dystansem czasu (kompozycja utrzymana jest w strukturze pamiętnikarskiej), i otaczającym go w trakcie relacjonowanych zdarzeń uniwersum. Na szczęście, Sanderson prędko wtacza pociąg narracji na właściwe tory, niwelując zgrzyty i zaczyna płynnie zbaczać z głównego kursu powieści. Czasami – w początkowym stadium intrygi – raz czy dwa trudno stuprocentowo dociec, kogo narrator miał na myśli w dialogach (w sensie, kto w danym momencie odpowiedział), ale potem nie ma to już miejsca.

Warstwa fabularna natomiast skupia się na dość ogranym wśród młodzieżówek – i nie tylko – schemacie młodego bohatera, żyjącego w sieci kłamstw; który w swe trzynaste (liczba wymienna dla różnych dzieł) urodziny zaczyna odkrywać prawdę o otaczającym go świecie. Alcatraz – protagonista – nie jest zbyt lubianym przez rodziców zastępczych chłopcem, gdyż niemal wszystko, czego się dotknie w mig przeradza się w zepsute ustrojstwo – taki chroniczny pech prześladuje go odkąd pamięta, ale nigdy nie zdawał sobie sprawy, że to tak naprawdę magiczna bardzo wyjątkowa umiejętność. Talent rodziny Smedrych. I choć przyszłość nie maluje się przed nim obiecująco, pewnego dnia w progu jego drzwi staje dziadek, o którym nic nie wiedział, i to właśnie od niego dowiaduje się, że znany mu świat ogarnięty jest przez sekretną organizację Bibliotekarzy, utrzymujących istnienie wielu rzeczy w tajemnicy. Tuż po niespodziewanej wizycie krewnego do jego tymczasowego domu przybywa mężczyzna z bronią, pragnący go zabić – wówczas cała akcja się rozkręca, a Alcatraz zostaje wciągnięty w grę na światową skalę.

Ciekawe jest to, że autor nie szafuje w zasadzie wieloma motywami przedmiotowymi i miejscowymi, tym razem odrzuca uwielbiany przez siebie topos miasta i ogranicza się do właściwie jednej lokacji, gdzie rozgrywa się cała akcja. Nie oznacza to wcale, że dynamika powieści jest niska, a opisowość przesadnie rozbudowana, Sanderson raczej stara się przykuwać uwagę intrygującymi wieściami o świecie przedstawionym, często – ale dawkowo – go rozbudowując i wprowadzając czytelników, pamiętając o zachowaniu pewnych sekretów, aby podsycić ciekawość odbiorców.

Warto wyjaśnić, że „Piasek Raszida” nie dzieje się w multiwersum cosmere, jak choćby „Droga Królów” czy „ Z Mgły Zrodzony”, tylko na znanej nam, współczesnej Ziemi, która jak się okazuje ani trochę nie jest taka, jak się nam do tej pory wydawało. Wszystkie fakty historyczne, odkrycia, wynalazki to tak naprawdę kłamstwo mające utrzymać nas w niewiedzy o tym, że na świecie są jeszcze trzy inne kontynenty, że swoista magia istnieje, że dinozaury wciąż żyją i wykazują całkiem wysoki współczynnik inteligencji. Dyktatorami utrzymującymi Ziemię w takowym ciemnogrodzie są Bibliotekarze, z którymi permanentnie toczą wojnę Wolne Królestwa, a ród Smedrych – głównego bohatera – odgrywa w niej znaczną rolę, bowiem jako nieliczni posiadają geny, owocujące niezwykłymi talentami, jak chroniczny pech, wieczne spóźnianie się czy bełkot, i uwierzcie to całkiem przydatne umiejętności. Dochodzi jeszcze magia okulatoryjna, również nieprzeznaczona dla wszystkich, a przynajmniej nie na najwyższych poziomach – tutaj wielką wagę mają soczewki, wytwarzane ze specjalnego szkła, które zapewniają specjalne umiejętności.

Starsi czytelnicy – szczególnie sympatycy prozy Sandersona, którzy raczej nie odpuszczą sobie tego tytułu mimo grupy docelowej – mogą czuć się nieco rozczarowani nie aż tak bardzo pogłębionymi rysami psychologicznymi. Jednak należy oddać honor autorowi, bowiem portrety charakterologiczne są bardzo dobrze przedstawione, zachowują logikę i indywidualne cechy, czego nie można powiedzieć o wielu tytułach rodem z literatury skierowanej głównie dla starszych. Początkowy przytyk odnosi się raczej do tego, że bohaterowie nie zostali jeszcze – znając pisarza zostaną na pewno w kolejnych tomach – rozbudowani i „pogłębieni”, acz solidne podstawy już są, więc nie ma obaw, co do przyszłości cyklu. Warto jednakowoż dodać, że pewne absurdalne elementy świata przedstawionego, wchodzące w wielką interakcję z postaciami autor wyjaśnia równie sprawnie, jak wszystkie zagwozdki związane z tymże uniwersum.

„Publishers Weekly” zauważyło podobieństwa z „Serią niefortunnych zdarzeń” i nie ma się, co dziwić, bowiem narratorzy są do siebie bardzo zbliżeni manierą opowiadania, oboje sugerują, że lektura ich tworu niekoniecznie musi być przyjemnością dla czytelnika, a i wybrali podobną metodę twórczą – badania życia i losów bohaterów (w przypadku Sandersona narrator bada swoje) oraz wystawienie ich w postaci beletrystycznej. W „Piasku Raszida” autor od czasu do czasu wpada w dołki, widać, że jeszcze nie do końca opanował literaturę młodzieżową, ale stara się w tak dużym stopniu, że plusy przyćmiewają te drobne minusy. Wspomniana intertekstualność zewnętrzna z pewnością jest tutaj zaś ukłonem wobec kultury popularnej, jak choćby subtelne nawiązanie do komiksów z Batmanem, ale prawdziwą gratką jest wewnętrzna – widać w książce liczne quasi-odniesienia do własnych dzieł, szczególnie do trylogii „Mściciele” (choć wiele utworów jeszcze przed premierą „Piasku…” nie wyszło, acz możemy przypuszczać, że były w planach, a może i już w „postprodukcji”), nie tylko ze względu na umiejętności bohaterów, lecz też warstwę emocjonalną (czytający oba tytuły bez przeszkód dojdą do tego, o co mi chodzi). Nie można także nie zauważyć quasi-nawiązań do multiwersum cosmere, niemniej w tym wypadku sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Jednak podziw dla tak skonstruowanej powieści się należy, autor bawi się z czytelnikami, a smaczki à propos planów i innych dzieł przyprawiają o zawroty głowy – niejeden by poległ przy takim złożonym zagmatwaniu, Sanderson mimo to trzyma się dobrze i wciąż prężnie działa.

„Piasek Raszida” to powieść tak szalona, jak Joker albo Marcowy Zając, zaskakująca tym, że odnosiła się do tych utworów autora, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Sanderson wprowadzi nią w stupor wszystkich, mających za sobą już większość jego dzieł. Na szczęście książka nie jest wyłącznie szafką z pamiątkami z pozostałych tytułów literata, niesie za sobą niemało i daje do myślenia, a w obecnych czasach zmuszanie młodych czytelników do samodzielnego rozumowania jest na wagę złota.

Ocena: 4/5

Dyskusja