Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Powrót do Martwicy – recenzja książki „Grom i szkwał”

Jacek Łukawski ponownie zaprasza nas do wykreowanego przez siebie świata fantasy. Poprzednia część zakończyła się powrotem głównych bohaterów ze śmiertelnie niebezpiecznej wyprawy za tzw. Martwicę, czyli obszar, w którym na skutek magicznego skażenia wszystko umiera. Jak się okazało, moc Martwicy nie trwa wiecznie. Nad królestwem Wondetell kłębią się jednak czarne chmury. Umarł król, a ktoś porwał księżniczkę – jedyną dziedziczkę pustego tronu. Arthorn nie ma ani chwili wytchnienia i od razu zostaje rzucony w wir wydarzeń.

W tym właśnie miejscu zaczyna się fabuła „Gromu i Szkwału”. Niczym u Hitchkocka witani jesteśmy scenariuszowym trzęsieniem ziemi. Wokół naszych bohaterów świszczą strzały, zdrajcy ściągają swoje maski, panuje ogólny chaos. Potem historia trochę się uspokaja, tempo wydarzeń zdecydowanie zwalnia, ale nie ma tutaj miejsca na nudę. To wszystko należy zaliczyć na plus w stosunku do pierwszej książki z cyklu „Kraina Martwej Ziemi”, gdzie akcja rozkręcała się wyjątkowo wolno i trzeba było przebrnąć sporą liczbę stron, aby wreszcie zaczęło się coś dziać. Tutaj nie ma o tym mowy, dynamiczne sceny spadają na nas niczym grom z jasnego nieba, wciskają w fotel nie pozwalają złapać oddechu przez pierwsze kilkanaście stron.

Narracja przeplata wątki paru bohaterów, skutecznie pobudzając ciekawość i napięcie. Główna rola należy do Arthorna – oficera wojskowego, zręcznego wojownika, który wiernie służy swojemu królestwu. Jego wiara zostanie wystawiona na próbę wraz z rozwojem wydarzeń. Czytelnicy obserwować będą jego rozterki pomiędzy lojalnością a własnym interesem. Łukaszewski zadbał także o to, aby w powieści wreszcie większy epizod przypadł księżniczce Azure, której charakterek mieliśmy już okazję poznać w części pierwszej. Tym razem młoda następczyni tronu przejdzie drogę między rozkapryszoną nastolatką, myślącej, że jak tupnie nogą to cały świat kręci się dookoła niej, do odpowiedzialnej władczyni, w rękach której spoczywają losy poddanych. Ciekawą metamorfozę przeszedł również Garhard – zaufany doradca króla, przełożony Arthorna. W momencie, kiedy tron królestwa stał pusty, to on właśnie przejął obowiązki kierowania państwem. Trudne czasy zaś wymagają poświęceń i zdecydowanych działań, nierzadko kontrowersyjnych. W trakcie rozwoju wypadków widać jak bardzo te niełatwe decyzje zmieniają Garharda, co tylko pokazuje, jak złożona jest to postać.

Świat wykreowany w „Gromie i szkwale” znacznie się rozwinął w stosunku do tego, co mogliśmy przeczytać w „Krwi i stali”. Zdecydowanie większą rolę zaczęła w całej historii odgrywać magia, pojawiają się nowe rasy i istoty, wcześniej jedynie wspominane w rozmowach między bohaterami, sceny walki już nie są tylko serią czasowników w postaci: „cios, unik, kontra”. Zmieniły się w bardziej plastyczny opis starć, co zdecydowanie polepsza odbiór i sprawia, że całość przyjemniej się czyta. Dodatkowo należy wspomnieć o smaczkach – z tym samym mieliśmy już do czynienia przy okazji części pierwszej i Łukawski z powodzeniem postanowił kontynuować ten zabieg w kontynuacji. Nie zdziwcie się zatem, jeżeli podczas lektury znajoma wyda się wam banda opryszków, dowodzona przez faceta w zielonym kapeluszu, który zręcznie posługuje się łukiem i rozdaje pieniądze ubogim (dla siebie biorąc jedynie symboliczny procent). Albo na przykład wspomnienie pirackiego kapitana, który na swoim latającym powietrznym statku łapał błyskawicę w trackie burzy, a po kryjomu, gdy nikt nie patrzył lubił przebierać się w damskie ciuszki.

Wszystko to składa się na całkiem niezłą powieść fantasy, która wprawdzie nie stanie się kamieniem milowym gatunku, ale na pewno powinna zostać ciepło przyjęta przez fanów nurtu. Oczywiście radzę na początek zapoznać się z częścią pierwszą, bo powieść stanowi bezpośrednią kontynuacje i wymaga znajomość początku historii.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja