Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Szarość, widzę szarość, szarość widzę – recenzja książki „Achromatopsja”

Aż ciepło się robi na sercu każdego stalkera na wieść o tym, że polskie „Uniwersum Metro 2033” bezustannie się rozrasta. Do Pawła Majki i Roberta J. Szmidta tym razem dołączył Artur Chmielewski. Wcześniej udowodniono, że metro nie jest konieczne, aby przetrwać zagładę nuklearną. Jak jednak pomogą podczas zagłady dwie warszawskie linie?

Historia dzieje się w stolicy, która nie dość, że musiała sobie poradzić z bombami atomowymi, to jeszcze do kompletu doszło dziadostwo rozkładające materię organiczną? Główny bohater zajmuje silną pozycję na stacji Politechnika, dlatego też wraz z Rektorem i dziekanami udaje się na naradę do Ratusza. Na wezwanie Prezydenta stawili się przedstawiciele każdej stacji. Spotkanie dotyczyło informacji o ocalonych, żyjących poza metrem. Musi więc wyruszyć ekspedycja…

Już na wstępie widać, że autor chciał wprowadzić nowy powiew nuklearnego pyłu, gdyż wzbogacił ludzkie troski o dwa rodzaje bomb, sprawiających, że padała wszelka elektronika oraz wszelkie żywe istoty zmieniły się w brązową breję. Radość bohaterów na widok drzewa może wydawać się abstrakcyjna, chociaż w dzisiejszych czasach… Nowym elementem, wyróżniającym od poprzednich polskich powieści jest umiejscowienie fabuły w dużej mierze na powierzchni. Majka, jak i Szmidt mieli w swych dziełach sporo podróżowania, jednak często protagoniści przedzierali się przez piwnice, kanały czy tunele. W „Achromatopsji” natomiast jest sporo zwiedzania zniszczonej Warszawy, dlatego też czytelnik nie odczuwa klaustrofobii. Postacie, rzecz jasna, nie są na beztroskiej wycieczce, gdyż każde napotkane zmutowane tałatajstwo chętnie sprawi, że cel wyprawy nie będzie już ich problemem.

Zaskakujący w powieści jest również brak podziwu dla stalkerów. Postapokaliptyczne społeczeństwo nie darzy ich sympatią, mimo iż narażają dla nich swe życie. Zazwyczaj historie o nich są opowiadane z należytym szacunkiem, jednak w Warszawie wszelkie znalezione fanty sprzedawane są po cichu, jakby każdy się ich wypierał.

Chcąc zrozumieć właśnie taki wybór tytułu należy przyjrzeć się życiu w tunelach, jednak sam wygląd stolicy sprawia, że każdy na powierzchni może czuć się jakby cierpiał na tę chorobę. Brak roślinności, szary pył, śnieg, jak i popielata sierść mutantów sprawiają, że pocztówki z tych czasów nie posłużą za wzory do kolorowanek. Taco Hemingway rymował o Warszawie jako „smutnym jak… mieście”. To sformułowanie doskonale pasuje do przedstawionego krajobrazu. Ponadto los wszystkich, którzy skryli się przed „najbardziej niezwykłym w historii człowieka spektaklem >światło i dźwięk<”, jak i tych zrodzonych już po tragicznych wydarzeniach nie można nazwać kolorowym. Ba!, nie da się w nim wyróżnić choćby pięciu kolorów. Jest tylko biały, szary, gówniany i bardziej gówniany. Artur Chmielewski dobrze oddaje smutną rzeczywistość.

„Achromatopsja” cechuje się dobrymi dialogami. Czytelnik nie uświadczy tu bezsensownego gadania o tyłku mutanta, lecz każda z postaci jest wyrazista i posiada swój własny przekaz. Wiadomo jednak, że Seba raczej nie będzie mówił o poezji, a lakoniczny Franz nie wspomina o czymkolwiek, lecz główny bohater ma sporo oleju w głowie, a ponadto ma cięty język, dlatego też każdy respons z jego strony jest zabawny i trafiony.

Narracja w książce jest prowadzona głównie w pierwszej osobie, a czytelnik siedzi w głowie protagonisty, znając każdą myśl, ale pisarz lubi bawić się tym aspektem, dlatego też czasem ma się do czynienia z wszechwiedzącym lektorem opowiadającym w trzeciej osobie. Sytuacja ta zmienia się czasem co rozdział, ubarwiając dzieło, ale też nie wprowadzając chaosu. Dodatkowo autor nie chce zdradzić imienia protagonisty, ze strony na stronę, bardziej rozbudzając ciekawość czytelnika. Czy imię padnie w połowie książki, czy też na nawet na ostatniej stronie – każdy musi przekonać się sam.

Cieszy fakt, że główna postać jest zwykłym człowiekiem (co może zwiastować już okładka), dlatego też nie biega wokół budynków z włócznią, mordując wszelkich adwersarzy. Zdarza się jej zwyczajnie narobić w spodnie ze strachu, a to jest pozytywnym aspektem. Chodzi o brak zdolności superbohatera, a nie o to, że robienie w portki jest w porządku…

„Achromatopsja” jest książką przepełnioną akcją, jak żołądek mutanta po spotkaniu nieostrożnego stalkera. Główny bohater ma tyle okazji do snu, jakby opiekował się kilkoma noworodkami. Mimo tak wielu wydarzeń prócz lęku o to, co jest za zakrętem, czytelnik będzie zastanawiał jak rozwikłać kolejną zagadkę, gdyż autor nie stroni od spisków i pytajników. Po zapoznaniu się z „Metrem 2033” nie jeden na pewno żartował z warszawskich warunków i z tego jak niewiele osób może dzięki temu przetrwać. Artur Chmielewski udowodnił, że żartownisie nie mieli racji i napisał pozycję dobrze wpasowującą się w klimat Uniwersum.

Ocena: 4/5

Dyskusja