Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kres Wojny Dwóćh Róż – recenzja mangi „Requiem Króla Róż” #7

Siódmy tom „Requiem Króla Róż” można określić „epizodem jednej bitwy” i nie oznacza to wcale, że rozciąga się ona na całą część – wręcz przeciwnie, zajmuje w niej dość lapidarny kawałek, ale rozwiązuje kilka wątków rozwijanych w poprzednich mangach, a szala zwycięstwa w Wojnie Dwóch Róż zaczyna diametralnie przeważać na jedną ze stron konfliktu.

Wojna między bocznymi liniami Plantagenetów – Yorkami i Lancasterami – wchodzi w fazę kulminacyjną, kres jest bliski, a siły obu rodów są w miarę równe, aczkolwiek wysokie morale nie towarzyszą wszystkim. Jednym udało się znów zdobyć pewną przewagę i w razie komplikacji mają swoistego asa w rękawie, do tego coraz więcej znaczących figur w angielskiej szachownicy spogląda na nich łaskawszych okiem. Nie wszyscy są jednak bezmiernie lojalni – prawie każdy chce zyskać coś w toczącej się rozgrywce o koronę.

Utwór nabiera dramatycznego wyrazu, ponieważ narracja prowadzona jest w większości z perspektywy młodego Ryszarda Yorka, czarnej owcy w rodzinie, wyalienowanego i urodzonego z przypadłościami, które w tamtych czasach mogą sprowadzić na niego rychłą śmierć w męczarniach. Na swój sposób jego postać jest rozwijana w duchu romantyzmu: czuje odrzucenie, stoi na marginesie swej warstwy społecznej, przeżywa niespełnioną miłość i przechodzi szereg przemian wewnętrznych, a niektóre wydarzenia doprowadzają go prawie do samobójczej śmierci. Co ciekawe Aya stara się – wykorzystując motywy fantastyczne – ubarwić jego charakter, a także zmusić czytelnika do pewnych pytań o kondycję psychiczną protagonisty.

Siódmy tom, pomimo wielu scen dialogowych, czyta się bardzo szybko. Dynamiczne fragmenty przetykają wątek – nomen omen – koronny, a także towarzyszące mu motywy związane z rozterkami i wyborami Ryszarda. Czasem odbiorca może natknąć się na podniosłe mowy wygłaszane przez bohaterów przed kulminacyjną bitwą, przybliżające komiks odrobinę do poematów heroicznych. Częstym elementem wykorzystywanym także przez autora są knowania i fabularne zwody – znane od początku przez czytelnika – ale stanowiące swoiste zwroty akcji dla intrygi. Akuratnie to mogło być rozegrane trochę bardziej umiejętnie, aby również adresat został czymś nieco zaskoczony.

Warstwa graficzna ponownie nie uległa zmianie – Kanno utrzymuje także i tutaj stały poziom. Zilustrowane sceny są wyraźne, przejrzyste, brak komiksowi zasadniczo szczegółowości w tym względzie, ale ważniejsze są proporcje oraz mimika, bardzo dobrze oddające emocje bohaterów. Czasem odbiorca natrafić może na detale ubioru bądź uposażenia, jednak w znacznej części mamy do czynienia z polami, wypełnionymi standardowo za pomocą rastra. Nie brakuje też typowych zastosowań metody zdrapywania i cieniowania, lecz na zbudowaną dzięki temu nastrojowość nie można narzekać.

Chyba wszyscy czytelnicy od pierwszego i drugiego tomu czekali na zdarzenia z tomu siódmego, zamykającego pewną historię w ramach większej opowieści, ale pozostawiającej wciąż wiele do odkrycia. „Opada pierwsza kurtyna” – taki wstęp serwuje Aya Kanno, a skoro po lekturze wiadomo już mniej więcej co się zakończyła, przychodzi nam czekać na to, co się rozpocznie – i jeżeli autor będzie się wciąż luźno trzymał dziejów Anglii, możemy być pewni, że czeka nas jeszcze wiele dobrego.

Dyskusja