Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Realizm oniryczny – recenzja komiksu „Klatki”

Dave’a McKeana wiele osób może kojarzyć – i być jednocześnie zagorzałym fanem wysokoartystycznych prac – z okładek do „Sandmana” Neila Gaimana, wspólnego wysiłku z tymże przy „Drastycznych przypadkach” czy wykreowanego wespół z Grantem Morrisonem „Azylu Akrham”. Jednak mimo wyśmienitości powyższych, sam McKean również scenariuszowo ma wiele do zaoferowania, a bodaj najwyższej próby wydaje się w jego twórczości graficzna powieść „Klatki”.

Od pierwszych stron komiks zdaje się trącić specyficzną atmosferą przypominającą nieco leniwy oniryzm „O północy w Paryżu” Woody’ego Allena, przyodziany w zdecydowanie mroczniejsze szaty z nostalgicznymi akcentami. Dzieje się tak za sprawą przytłaczającej czerni, wypełniającej sceny i plansze, dla których w kontraście przebija się biel, przynosząca czytelnikowi niejakie wytchnienie. Niemniej jednak nie tylko same zabiegi graficzne doprawiają dzieło tak, aby budziły melancholijno-niepokojące wrażenia. Niemała w tym rola opowiadanych opowieści, fragmentarycznych retrospekcji dialogowych, stopniowo i nienachalnie budujących całkowity a logiczny obraz. W odłamkach sugerujący umysłową niemoc wspominającego je bohatera, aczkolwiek w pełni niosącego za sobą silny ładunek emocjonalny. A wartości uczuciowe są w przypadku „Klatek” niewątpliwym atutem.

Cała akcja osadzona jest w kameralnej przestrzeni mieszkań dość osobliwej kamienicy, zamieszkałej przez bardzo ekscentryczną społeczność – staruszka wdająca się w dysputy z braćmi mniejszymi, mężczyzna za pomocą kamieni tworzący muzykę, pisarz odludek to ledwie garść wyjątkowych postaci przewijających się przez historię, ale trzeba wiedzieć, że każdy z nich ma coś do zaoferowania, wzbogaca interpretację i sprawia, że utwór McKeana staje się klarowniejszy. Jednak sama budowla również może stanowić bohatera, zmiennego, enigmatycznego, niedającego się uchwycić ludzkiemu umysłowi – do tego seria niezwykłych okoliczności, towarzyszących wizerunkowi i temu, co się w jego wnętrzu dzieje dodaje mu swoistego wyrazu. Niedopowiedzenie zaś sprawia, że czytelnik roli i pełnionych w opowieści funkcji motywów nierzeczywistych musi się domyślać – takie pobudzanie czytelniczej wyobraźni okazało się trafnym pomysłem, a intertekstualna gra przyczynia się do zwiększania sympatii i do autora, i do dzieła.

W takie miejsce trafia główny bohater, Loe Sabarsky, cierpiący na artystyczną niemoc i chroniczny brak weny. Poszukuje silnego natchnienia, dlatego też postanawia pozostawić dawne życie za sobą i rozpocząć nowe w zupełnie nowym miejscu – właśnie we wspomnianej kamienicy, zwącej się jakże wymownie Meru House. Niemniej, wizja jego artystycznej aktywności nie za bardzo się ziszcza. Wszystko przez niecodziennych sąsiadów frapujących go aż tak znacznie, że malarstwo idzie tymczasowo w odstawkę, co nie zmienia faktu, że jego życie nabiera – jak zamierzał – nowych barw. Ale chyba nie do końca takich, jakich się spodziewał.

W warstwie fabularnej motorów napędowych jest kilka. Wymienione już poznawanie osobistych opowieści nie gra pierwszych skrzypiec, te można przypisać zapoznawaniu się zachodzącym między mieszkańcami (szczególnie z protagonistą) interakcjami, budowaniu relacji i odbieraniu ich z perspektywy Sabarsky’ego. Oprócz tego narracja przewiduje miejsce dla jeszcze wielu pobocznych wątków, widzianych między innymi z drugiej (rzadszej) perspektywy, czarnego kota – mogącego uchodzić za zwykłe, szwędające się w okolicy zwierzę, albo istotę nadprzyrodzoną. Ilość interpretacji – w myśl idei Umberta Eco – jest tylko kolejną zaletą. Sposób przedstawiania tej historii może bardzo przypominać ten, znany z powieści czy komiksów Gaimana, ale cóż… McKean wzorując się na najlepszych scenarzystach, sam się takim staje, chociaż nie można odmówić mu wielkiego wkładu własnego.

Graficzna szata jest zwieńczeniem wszystkich superlatywów – niewątpliwie zasadnych. Przebrzmiewa przez ten komiks, rysowany w rozmaitych technikach (wykorzystywanie grafik, zdjęć) i stylach, swoista surowość, niechlujna kreska zostaje zestawiona z przydymionymi quasi-malowidłami, tworzącymi razem dość ciekawą fantasmagorię. Kontrastem czerni i bieli (i rzadziej innych barw w monochromatycznych scenach – całość utrzymana jest w duchu duotone) potęguje doznania płynące z wielowymiarowej treści.

Platon mawiał: „sztuka jest intelektualną rozkoszą” i ten aforyzm idealnie pasuje w zestawieniu z „Klatkami” Dave’a McKean, które są dziełem kompletnym i nader poruszającym, niepokojącym, zastanawiającym i oferującym rozrywkę na przyzwoitym poziomie. Jedynym drobnym mankamentem są prezentowane czasem w nadmiarze celowo niedbała kreska, podkreślająca jedno, ale psująca trochę wrażenie magiczności.

Dyskusja