Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wielki twardy facet – recenzja komiksu „Cage”

Być może wydanie komiksu „Cage” w dobie rosnącej popularności tworów superbohaterskich było najlepszym rozwiązaniem, szczególnie, że tytuł poprzedzony był netflixowskim serialem, zgarniającym całkiem przyzwoite i dobrze rokujące na przyszłość opinie. Jednak powieść graficzna z Power Manem w roli głównej bodaj zmieni spojrzenie na samą postać i zaoferuje kilka powodów do refleksji nad kwestiami etycznymi.

„Kiedy nikt nie chce ci pomóc, zadzwoń do Bohatera do Wynajęcia” – głosi czwarta okładka komiksu i wcale nie kłamie, aczkolwiek nie wyraża się także jasno i jednoznacznie. Cage’a można wynająć, aby obronił niewiastę przed bandziorami, można nasłać go na uliczny gang terroryzujący mieszkańców, ale swobodnie może skopać tyłek także komornikowi czy bankierowi, pragnącemu odzyskać zaciągnięty dług – wystarczy koperta z zielonymi, a Luke załatwi sprawę. Od tego właśnie jest.

W ujęciu Briana Azzarello („100 naboi”, „Batman – Rozbite miasto”, „Joker”) Luke Cage nie jest mścicielem, walczącym z ciemiężycielskim systemem, mafią czy bandą rzezimieszków, nękających całą dzielnicę. Ten Cage to nie szlachetny, choć niezaprzeczalnie hardy Power Man, to nie portret, jaki podaje Netflix czy nowsze komiksy. W tym komiksie to wyluzowany, rubaszny i milczący mięśniak o niezbyt przyjemnej aparycji, pełen obojętności i egoizmu, do tego lubujący się w używkach.

Cała opowieść utrzymana jest w stylu blaxploitation – podejrzana dzielnica przepełniona jest stereotypami, środowiska afroamerykańskie pośrednio albo bezpośrednio łączą się z przestępczością bądź niemoralnym zachowaniem. Scenariuszowo okolica nie napawa optymizmem i raczej odpycha, ale Azzarello słynie z posępnych wizji, a tą uzupełnił doskonale wpasowującym się w sztafaż slangiem.

Całość dopełniają ilustracje Richarda Corbena. Zastosowanie undergroundowej stylistyki okazała się strzałem w dziesiątkę i nadała światu przedstawionemu autentyzmu, oddając wcale realistycznie, aczkolwiek czasem widać ciągoty artysty w stronę popartu. Specyficzne modele postaci, wypełnienia, zabawa kropkowaniem i cieniowaniem sprawiły, że dzielnica naprawdę kojarzy się czytelnikowi z stereotypowym przedmieściem amerykańskiej metropolii – niebezpiecznej, niepokojącej i kontrastującej z niedalekimi osiedlami. Ostatnim ważnym punktem było uzupełnienie kolorami przez Jose’a Villarrubia, co znakomicie domknęło powyżej przytoczone wrażenia, bowiem kolorystyka również nie jawi się odbiorcy w – nomen omen – nie najlepszych barwach.

Komiksowi wyjadacze i fani utworów superbohaterskich zapewne już wiedzą, że po „Cage’a” sięgnąć trzeba, ale sympatykom netflixowego serialu zaleca się wręcz przyjrzenie bliżej graficznej powieści, aby wyrobić sobie zdanie na temat postaci, a bardziej nawet skonfrontować jego mroczniejsze oblicze z tym telewizyjnym – kontrast zabójczy. Azzarello dobrej próby, po prostu czytajcie.

Dyskusja