Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Zagubieni” w hiszpańskim sosie – recenzja książki „Lśnij, morze Edenu”

Wyobraźcie sobie sytuację, że lecicie sobie spokojnie transatlantyckim samolotem. Rozsiedliście się wygodnie na waszym siedzeniu w klasie ekonomicznej, założyliście słuchawki na uszy i ze spokojem obserwujecie świat za oknem. Wtem dochodzi do uszkodzenia samolotu i zaczynacie spadać. Wyobraźcie sobie panikę i panujący wewnątrz kabiny chaos – spróbujcie poczuć toczące was uczucie lęku i nieuchronnie nadchodzącej śmierci. A teraz odetchnijcie, bo udało wam się przeżyć. Jednak to dopiero początek przygody. Na horyzoncie majaczy wyspa, która jest waszym ratunkiem, a niedługo stanie się także najgorszym koszmarem.

Dzięki książce „Lśnij, morze Edenu” autorstwa Andresa Ibañeza nie musicie wizualizować sobie lotniczej katastrofy, bo tak właśnie rozpoczyna się jego powieść. Grupa cudem ocalałych rozbitków próbuje przetrwać na skrawku lądu pośrodku oceanu. Dawno zapomniane przez ludzi i Boga miejsce początkowo wydaje się być niegroźne, jednak z czasem narastająca ilość dziwnych zjawisk sprawia, że ocalali zaczynają żałować, że nie zginęli w trakcie katastrofy. Wśród nich jest główny bohater, Juan Barbarin – niespełniony hiszpański kompozytor, którego największą słabością są kobiety. Wśród innych pasażerów szczególnie wyróżnia się także Wade – Amerykanin, który wydaje się najbardziej przygotowany do przetrwania w dżungli ze wszystkich pasażerów feralnego lotu. Wśród rozbitków jest jeszcze Joseph Langdon – chirurg i ostoja normalności w świecie, który w pewnym momencie zdaje się wariować.

„Tajemnicza katastrofa lotnicza, bezludna wyspa, dziwne zjawiska – ja to już gdzieś widziałem” pomyślała pewnie większość z Was. Nic dziwnego – „Lśnij, morze Edenu” stanowi zlepek wielu kulturowych motywów: od „Zagubionych”; przez „Władców Much”, po komiks „Strażnicy”. Obeznani w gatunkowych kliszach od razu rozpoznają pewne rozwiązania fabularne, na które naprowadza nas autor. Na przykład: na samym początku powieści, tuż po katastrofie, bohaterowie przetrząsają luk bagażowy. Oprócz wielu przydatnych rzeczy znajdują także wózek inwalidzki. Wśród ocalałych ani jeden nie jest niepełnosprawny. Dziwny zbieg okoliczności? Nie dla tych, którzy znają „Zagubionych” na wylot. Podobnych chwytów i smaczków w przekroju całej powieści jest naprawdę cała masa i przyjemność z ich odkrywania stanowi jedną z największych zalet całej powieści. Zawsze w takim wypadku istnieje jednak ryzyko, że autor zabrnie w inspiracje tak daleko, że koniec końców zatraci unikalny charakter swojego dzieła. Ibanezowi udało się obronić oryginalność swojej książki dzięki bardzo ciekawemu stylowi pisarskiemu. Wydaje mi się, że jest to cecha charakterystyczna literatury hiszpańskiej – plastyczne opisy, staranność w opisie przeżyć wewnętrznych stworzonych postaci. „Lśnij, morze Edenu” przesiąknięte jest także filozofią Wschodu i fascynacją buddyzmem – czasem w trakcie czytania niemal odnosimy wrażenie udziału w specyficznej medytacji, dajemy się ponieść rytmowi wypowiedzi i osiągamy inne stany świadomości. Kolejne strony powieści to nie tylko opis walki o przetrwanie na bezludnej wyspie, ale także retrospekcje bohaterów. Autor mógł poprzestać na zwykłym przedstawieniu przeszłości postaci, postanowił jednak pójść nieco dalej – dzięki temu każda taka historia jest też opisem danego kręgu kulturowego. Dzięki temu możemy bliżej poznać społeczeństwo Japonii, Stanów Zjednoczonych czy Meksyku.

„Lśnij, morze Edenu” jest bardzo specyficzną książką. Na tyle niezwykłą, że trudno jest ją jednoznacznie przypisać do jakiegoś gatunku. Z jednej strony jest książką fantastyczną, bo pojawiające się w niej motywy UFO, czy niespodziewane przypadki zmartwychwstania nie przynależą zazwyczaj do powieści obyczajowych. Z drugiej strony gatunek fantasy raczej nie jest przepełniony rozważaniami nad filozofią, czy analizą społeczną. Ten miks rodzajowy jest jednocześnie zaletą jak i wadą. Zaletą, bo stanowi o oryginalności całego dzieła – prawdopodobnie nie ma zbyt wielu takich książek na rynku. Wadą, bo przez nie do końca określony gatunek książka jest bardzo nierówna. Są momenty, w których akcja leci do przodu, narasta w czytelniku adrenalina i z zapartym tchem połyka kolejne strony. A potem nagle jakby rozpędzony bieg powieści napotyka na progi zwalniające i całość zaczyna hamować. Pojawiają się rozważania głównych bohaterów, wchodzą wątki filozoficzne. Wydłużają się opisy, zmniejsza się ilość dialogów. Nie wszystkim taki styl prowadzenia narracji przypadnie do gustu.

„Ta powieść wyrosła z wszystkiego, co przeczytałem, ze wszystkich komiksów, które oglądałem, ze wszystkich filmów, które widziałem, ze wszystkich rzeczy, które mi się przydarzyły, ze wszystkich krajów, w których mieszkałem – ona wzięła się z bardzo wielu źródeł” – tak o swojej powieści wypowiedział się Andres Ibanez w wywiadzie dla portalu Lubimy czytać. W skrócie jest to najlepsze podsumowanie, czego może spodziewać się czytelnik przy spotkaniu z „Lśnij, morze Edenu”. Ja ze swojej strony polecam książkę wszystkim tym, którzy lubią książki przygodowe, a także miłośnikom literatury hiszpańskiej. Czeka na nich ciekawa podróż i niespodziewane zwroty akcji na wyspie, która nie jest do końca tym, czym się wydaje.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja