Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Żyj, ratuj, powtórz – recenzja mangi „Erased” #1

Chyba dla nikogo motyw cofnięcia się w czasie pokroju „Efektu motyla”, aby naprawić część swej przeszłości nie jest obcy. Spotkać go można choćby w filmie „Next” z Nicolasem Cagem czy mandze „All You Need Is Kill” Takeshiego Obaty (później przez tego autora zbeletryzowaną, pojawił się także obraz z Tomem Crusem w roli głównej), a mimo to wciąż okazuje się wystarczającym motorem napędowym fabuły dla twórców.

„Erased. Miasto, z którego zniknąłem” Keia Sanbe to utwór, któremu zdecydowanie bliżej do „Efektu motyla” Erica Bressa i J. Mackye’a Grubera, aniżeli kolegi po piórze i ołówku z własnego kręgu kulturowego, Tekeshiego Obaty. Wykorzystywane motywy paranormalnych zdolności, polegających na cofaniu się w czasie protagonisty do swojej przeszłości, żeby zapobiegać przeróżnego rodzaju tragediom, wydaje się rodem wyciągnięta z wspomnianego filmu, ale na szczęście Sanbe urozmaicił swoja wizję dodatkowymi elementami swoistej zagadki kryminalnej z przeszłości oraz nieco odmienną atmosferą niepokoju i „klaustrofobii”.

Satoru Fujinuma ma dwadzieścia dziewięć lat, pracuje jako dostawca pizzy i z całych sił stara się zostać mangaką, lecz wciąż nie potrafi wymyślić „chwytającej za serce” historii. Satoru nie jest jednak do końca normalnym chłopakiem, posiada nadprzyrodzone umiejętności, dzięki którym może cofać się w przeszłość i naprawiać błędy – i właśnie na skutek jednego takiego „cofnięcia” ulega wypadkowi samochodowemu. Przyjeżdża do niego matka, aby się nim zająć po niefortunnym zdarzeniu. Po nim zaś zaczynają go trapić demony przeszłości, szczególnie tajemnicza sprawa uprowadzonych i zamordowanych dzieci z jego dzieciństwa, chociaż gdy zaczyna się nad nią zastanawiać, wydaje mu się, że coś jest z nią nie tak. Pewnego dnia przytrafia mu się kolejna tragedia, tym razem zostaje zabita matka, co sprawia, że Satoru cofa się, by temu zapobiec, ale ląduje w czasach podstawówki, gdzie zostaje niejako uwięziony.

Struktura narracyjna komiksu nie jest specjalnie skomplikowana czy złożona, wiele wątków rozwija się raczej linearnie, choć ewidentnie stanowią swoistą odskocznię od trzonu opowieści, która prowadzona jest całkiem ciekawie. Właściwa akcja intrygi przeplatana jest w mandze retrospekcjami, a kolejne tomy najprawdopodobniej będą rozwiązywały wypadki, jakie wprowadzono w tym utworze. Jednak większość paliwa tej historii stanowią cofnięcia się w czasie i czyny, jakie zostają wówczas podjęte, ale najciekawsze wydają się tutaj wyniki dokonanych w przeszłości zmian.

Sanbe radzi sobie także w warstwie graficznej – dość przyjemna dla oka, schludna i plastyczna kreska tworzy unikatowe, łagodne ilustracje, otoczenie również zostało zaprojektowane intrygująco, czasem widać dużą dbałość o detale, aczkolwiek najczęściej sama ekspozycja nie odgrywa większej roli. Na uznanie zasługują zaś emocje bardzo wiarygodnie wyobrażone za pomocą mimiki oraz ekspresja bohaterów, przejawiająca się w gestach i zachowaniu. Szata graficzna zatem sprawdza się w swym zadaniu – urealnia scenariusz, nadaje postaciom (zwłaszcza głównemu bohaterowi) dodatkowych wymiarów, a jako formuła narracji znakomicie współgra z tekstem i historią.

Pierwszy tom „Erased” to dopiero wprowadzenie, w którym fabuła zaczyna się rozpędzać, chociaż nie można odmówić jej kilku typowo sensacyjnych zwrotów, mających zagrać na strunach emocji czytelnika i przykuciem uwagi, zaangażować go w rozwój wypadków. Sanbe zaczął nie najgorzej, ale jak to się rozwinie, przyjdzie czytelnikom zobaczyć w następnych odsłonach serii. Na razie pozostawia po sobie poczucie zaciekawienia.

Dyskusja