Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Majowie na Kremlu – recenzja książki „Czas zmierzchu”

Ciężkie czasy nadeszły dla ludzkości. Katastrofy naturalne pustoszą cywilizacje. Niewyobrażalne trzęsienia ziemi obracają w pył największe z miast. Potężne fale tsunami wdzierają się w głąb lądu, zabierając za sobą wszystko, co żywe. Brzmi jak zapowiedź końca świata? Wszyscy doskonale pamiętamy fenomen, jakim był 2012 rok. To właśnie w grudniu tegoż roku miał według kalendarza Majów zakończyć się cykl życia na Ziemi, a cała ludzkość miała zostać zmieciona z powierzchni wskutek działania tajemniczych sił. Tak się jednak nie stało(po ilości zapowiedzianych końców świata można by powiedzieć „znowu”), ale samo wydarzenie stanowiło inspirację dla wielu twórców, w tym Dimitra Głuchowskiego, znanego rosyjskiego pisarza, któremu sławę przyniósł cykl „Metro”.

Akcja „Czasu Zmierzchu” dzieje się w Moskwie. Główny bohater, Dimitir Aleksandrowicz, wiedzie nudny żywot tłumacza. Jego egzystencja oparta jest na przetrwaniu od zlecenia do zlecenia. Rozwiódł się z żoną, przyjaciół ma nielicznych, nie ma zbyt wielu zainteresowań. I tak pewnie wegetowałby sobie Aleksandrowicz do końca swoich dni, gdyby nie nietypowe zlecenie, które pewnego dnia zmuszony jest przyjąć. Okazuje się, że jest to tajemniczy dziennik, opowiadający historię wyprawy konkwistadorów w głąb jukatańskiej dżungli. Celem ekspedycji było zdobycie tajemniczych ksiąg Majów, odkrywających tajemnicę przyszłości i datę końca świata. Wraz z postępem w tłumaczeniu główny bohater coraz bardziej zaczyna zagłębiać się w świat starożytnej, południowoamerykańskiej kultury. Działa to także w drugą stronę, bo Moskwę zaczynają nawiedzać tajemnicze zjawiska, mocno związane z wierzeniami Majów. Dymitry nie zdaje sobie sprawy, w jak niebezpieczną grę się wplątał, a od tłumaczenia dziennika mogą zależeć losy całego świata.

Narracja w powieści prowadzona jest dwutorowo. Na pierwszym torze jedzie wagon o nazwie „Dymitr”. Śledzimy losy głównego bohatera, który z nudnego przedstawiciela inteligencji coraz bardziej angażuje się w zlecenie, co bez reszty zmienia jego życie. Obserwujemy jego codzienne rytuały, które autor skrupulatnie opisuje – codzienne namiętne parzenie kawy, przygotowywanie obiadów itd. Buduje to wszystko poczucie, że mamy do czynienia z prawdziwym domatorem. Oprócz głównego bohatera tak naprawdę w całej historii żadna z postaci nie odgrywa żadnej znaczącej roli. Przemykają one przez kolejne strony, nie pozostawiając po sobie żadnego wrażenia. Głuchowski podkreśla w ten sposób odosobnienie, w jakim żyje nasz bohater, jednocześnie skazując czytelnika na monotonność narracji. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja na drugim peronie, gdzie czeka na czytelnika pociąg o nazwie „Ekspedycja”. Kiedy do rąk głównego bohatera wpada dziennik sprzed prawie czterystu lat, akcja nabiera rozpędu. Z zapartym tchem czytamy o przedzieraniu się przez dzikie leśne ostępy. Całość pisania z perspektywy pierwszej osoby dodatkowo wzmacnia wrażenie immersji – podobnie jak tłumacz będziemy niemalże czuli na karku muśnięcia tropikalnej roślinności. Zapiski z wyprawy zapisane są specyficznym językiem, ale ma to swoje fabularne uzasadnienie. Nie należy zatem tej dziwnej maniery traktować jako pokaz grafomanii autora.

Głuchowski należy do pisarzy zaangażowanych – nie żyje wyłącznie w swoich wyimaginowanych świata, ale czynnie uczestniczy także w życiu społecznym. Niejednokrotnie wypowiadał się on na temat władzy panującej w Rosji, a także o samych Rosjanach. Echa tego mogliśmy przeczytać chociażby w jego książce „Witajcie w Rosji”. „Czas Zmierzchu” choć nie jest przesycony wątkami politycznymi, to ustami głównego bohatera przemyca przemyślenia autora. Dowiemy się na przykład o funkcjonowaniu mediów, czy służb bezpieczeństwa, ale także chociażby o zwyczajach związanych ze świętowaniem nowego roku. W tym wszystkim Głuchowskiemu zdarza się czasem popaść w skrajność – podczas gdy akcja powieści powinna iść na przód, autor postanawia ją przyhamować, aby móc podzielić się swoimi przemyśleniami. Powieść przygodowa zamienia się wtedy w esej, co nie zawsze służy „Czasowi Zmierzchu” najlepiej.

Książka nie jest typowym przedstawicielem literatury fantasy – mało jest tutaj typowych dla tego gatunku elementów – nadprzyrodzone zjawiska zdarzają się sporadycznie. Bliżej całości do powieści z gatunku przygodowych, z elementami horroru. Nieraz w trakcie czytania złapiemy się na nerwowym przygryzaniu wargi, kiedy bohater będzie stawał oko w oko z duchami z majańskich wierzeń. Polecam zwłaszcza tym, lubiącym wyrwane serca składane w ofierze bogu słońca.

Ocena: 3/5

Dyskusja