Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Hermosos, tristes recuerdos – recenzja komiksu „Niewidzialne echa”

Komiks „Niewidzialne echa” wyłamuje się odrobinę z pozostałych opowieści niesamowitych Tony’ego Sandovala, jak „Nokturno”, „Wąż wodny” czy „Tysiąc sztormów”, choć pozostaje z nimi w ścisłej, ale mglistej relacji. No i przede wszystkim za warsztat graficzny odpowiada w tym utworze Grazia la Padula, czego aż tak bardzo się nie odczuwa, bowiem wyraźnie widać wpływ Sandovala na jej twórczość. A sądziłem, że wizualnie w takiej estetyce nikt oprócz komiksiarza nie zdoła mnie tak urzec… Jak łatwo się pomylić.

Fenomen Sandovala udowadnia, że najwyższy czas, aby nasi rodzimi wydawcy zainwestowali w latynoskich autorów komiksów fantasy i horroru, bowiem ich wrażliwość oraz ekspresja trafia do polskiego czytelnika i potrafi zagrać na nutkach jego wyobraźni, a także pobudzić intelekt do odczytu i intertekstualnej zabawy. Być może subtelne wprowadzenie la Paduli – towarzyszącej Sandovalowi – jest jednym z pierwszych kroków takiego podejścia, a przynajmniej mam taką wielką nadzieję.

Baltus, utalentowany fotograf, spotyka się z jedną z najgorszych tragedii, jaka może spotkać człowieka, traci ukochaną na zawsze, w sposób niespodziewany i brutalny. Nie może pogodzić się ze stratą narzeczonej tak bardzo, że jego dusza postanawia uciec z umierającego z rozpaczy ciała, co z kolei budzi w nim niezwykłe umiejętności. Potrafi odczytywać ludzie emocje i stan zdrowia, do tego przejawia drobne zdolności profetyczne. Niemniej, nie potrafi już żyć wśród ludzi i wyprowadza się na niewielką wyspę, gdzie tworzy sobie pustelnię. Jednak pewnego dnia trafia do niego Angie, dziennikarka, która szuka osób o nadnaturalnych uzdolnieniach. I właśnie tak, w jego dotychczasowej egzystencji samotnika dochodzi do zmiany.

Jak to zwykle u meksykańskiego artysty bywa, historia rozpoczyna się niezbyt miłym wydarzeniem – śmiercią, tematyką nieobcą komiksom autora („Nokturno”, „Tysiąc sztormów”), podsycaną sprawnymi i nieoczywistymi zagrywkami Sandovala, mającymi wywołać u odbiorcy jak najjaskrawsze emocje, co się zresztą udaje. Dochodzi tutaj także długotrwały proces akceptacji, która nie kończy się tak pomyślnie, jak pozornie miała w założeniu. Widać, że ta jedyna miłość Baltusa nie jest dla niego czymś, co mógłby łatwo zapomnieć, jeżeli w ogóle by mógł – i ten motyw poniekąd napędza zachowania bohatera, stanowi motywację dla jego niektórych działań, mogących ranić nowych bliskich.

Fabularnie nie jest to wprawdzie przygodowe fantasy, a raczej fantasy obyczajowe z drobinkami grozy, ukutymi za sprawą jednego motywu, pozostającego z kolei w relacji z elementami, czyniącymi ten utwór dziełem fantasy. Narracja prowadzona jest leniwie, powoli, pogłębiając doznania bohaterów, ich perspektywę i odbiór otaczającego

świata, a następnie budujące się między nimi relację. Zwrotów intrygi nie ma w komiksie przesadnie dużo, podobnie z motywami sensacyjnymi, wzmacniającymi napięcie, ale gdy już się pojawiają są nieprzewidywalne i oferują czytelnikowi kilka powodów do refleksji.

Warstwa graficzna z kolei znakomicie koegzystuje z tekstem (zarówno tym widocznym i niewidocznym) i niejednokrotnie wspiera scenariusz, dialogi i rysunki charakterologiczne – oprawiając całą historię w piękną szatę, didaskalia godne wyszukanego teatru graficznego, bowiem tym są „Niewidzialne echa”: nieruchomym spektaklem ilustracji. Styl la Paduli to godny hołd w stronę Sandovala, aczkolwiek także próba stworzenia w ramach tej estetyki własnej wypowiedzi, która trafia do czytelnika. Jasno i wyraźnie.

Zdawać by się mogło, że „Niewidzialne echa” wpisują się w swoiste uniwersum Sandovala (i kto wie, bodaj tak właśnie jest), chociaż można odczuć pewien dystans do dzieł pokroju „Nokturno” czy „Tysiąc sztormów”. Nie ulega jednak wątpliwości, że i tym razem autor dołożył wszelkich starań, aby opowiedzieć o dojrzewaniu do pewnych spraw, o trudzie miłosnej tragedii, o konsekwencjach wyborów i o wartości życia. Tego prawdziwego. Nie można też odmówić uroku pracy la Paduli, wydającej się najlepszą towarzyszką Sandovala do tego typu projektów.

Dyskusja