Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

I znów Was porwie – recenzja książki „Straszny smok”

Miles Cameron, autor „Czerwonego Rycerza” i „Okrutnego miecza”, nie zawodzi swoich czytelników w trzecim tomie „Syna zdrajcy”, którego akcja toczy się bezpośrednio po wydarzeniach z poprzedniej części. Początkowo naturalnie jest spokojnie, ale niedługo przychodzi odbiorcy pocieszyć się leniwym tempem, autor po krótkim wstępie rozpoczyna szaloną galopadę, rzucając w adresata to smokiem, to gryfem, to demonem, albo… drzewem. Czego od mieszanki high i heroic fantasy chcieć więcej? Ach… zapewne i to znalazło się w „Strasznym smoku”.

Czerwony Rycerz ledwie odniósł chwałę, ratując cesarza, a już zaczyna szykować się do kolejnych wielkich czynów. Poczynając od rekrutacji świeżego narybku najemników, po nieprzewidziane treningi w postaci złowieszczych potworów, rabusiów, niemiłych wiedźmy i całego tałatajstwa, jakie tylko może pojawić się w światach fantasy. Na szczęście, po wielu turbulencjach bohaterowi i jego drużynie udaje się wreszcie dotrzeć na dwór króla Alby, aby wziąć udział w turnieju, a przy okazji dokonać jeszcze kilku innych spraw – z rozwiązaniem problemu galijskich rycerzy na czele.

Jak już wspomniałam, tuż po grzecznym wprowadzeniu, w którym autor co nieco ułatwia czytelnikowi, przypominając wydarzenia z dwóch poprzednich tomów, następuje straceńcza wręcz galopada. Polega ona na tym, że autor obiera cel –> Alba <– i zaczyna prowadzić do niego bohaterów, ale po drodze spotyka ich wiele nieprzyjemności, niebezpieczeństw i… objazdów. Oczywiście, wszystkich pragnących soczystej akcji uspokajam, Cameron obficie wykorzystuje motywy przygodowe, w tym walki oddziałów, starcia z potworami wszelakiej maści, gonitwy, zasadzki, pojedynki na śmierć i życie, a na deser podaje magię w odcieniach czerni, bieli i szkarłatu oraz ruchome drzewa (!), nie zapomina też polać tego wszystkiego eksplozjami fontann krwi i trupem ścielącym się gęsto. Smacznie to nie brzmi, ale jak smakuje! Najlepiej podane na raz, ale to dość wielki tort do zjedzenia.

Świat ma w sobie coś nieodpartego – jest w nim dosłownie wszystko z przygodowej fantasy – smoki, czarodzieje, starcia królestw, demony, rozległe puszcze, piętrzące się góry, gryfy, trolle – ale wszystko to, tak naprawdę już mogliśmy zobaczyć w stertach książek z gatunku. Niemniej jednak w wydaniu Camerona nie przestaje to smakować, a autor oferuje od siebie to, co ma najlepsze i na czym się zna. Dlatego niech nikt się nie dziwi, że aspekty uzbrojenia, opancerzenia, machiny oblężnicze, czyli batalistyka i jej bratnie dziedziny, taktyka i strategia są nakreślone z precyzją i pieczołowitością, a szereg faktów na temat nadaje całości pełnego realizmu.

Jednak to chyba bohaterowie są najlepszym, czego można spodziewać się po książce – dobrze zarysowani, z podwalinami motywacji, obaw, pragnień i doświadczeń stanowią zindywidualizowane portrety, ale posiadające cechy, które pozwalają się z nimi w jakimś stopniu utożsamiać, nawiązywać nić sympatii, a także emocjonalnie angażować w ich losy. Na pierwszym miejscu znajduje się oczywiście Czerwony Rycerz, ser Gabriel Murieus, człowiek niezwykle utalentowany, przebiegły i waleczny, a gdy trzeba i szlachetny, chociaż przez cały czas sprawiający wrażenie, jakby dopiero planował coś naprawdę wielkiego, mimo dotychczasowych, niemałych dokonań. W tym tomie po raz kolejny zagłębimy się w potok jego przeszłości i poznamy nieco jego rodzinę i relacje z nią – dzięki tym informacją utwierdzi się niejednoznaczność tej postaci.

Widać, że autor przyłożył do stworzenia tej książki mnóstwo pracy – solidny research, opracowanie intryg i knowań na dworze, i poza nim. Napisanie powieści językiem zwięzłym, dosadnym, miejscami szorstkim też wymagało wiele wysiłku, aby utrzymać wysoki poziom i konsekwencje w cyklu. Bardzo dobrze czyta się żywe, świetne dialogi, realistyczne, fachowe opisy, których co prawda jest mało, ale gdy już się nadarzają, zachwycają. Ale przede wszystkim zachowanie dynamiki sprawia, że książka nie nudzi, potrafi przykuć uwagę na akcji i wciąga, zapewniając mocną rozrywkę na kilka wieczorów.

„Straszny smok” jest strasznie dobry i na tym chyba powinno się zakończyć. Wszelacy miłośnicy magii i miecza, przygód, wielkich wypraw i walk ze złem, potworami i niesprawiedliwością, łamiąc przy tym przyjęte konwencje, mogą śmiało sięgać po trzeci tom. Niestety, ubolewać trzeba nad tym, że na „Plagę mieczy” przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać, a chciałoby się już chwycić kolejny tor à la Miles Cameron i pochłonąć w całości.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja