Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Potwór, wróg potworów – recenzja wydania DVD „Kong: Wyspa Czaszki”

King Kong to jedna z najchętniej wykorzystywanych w kinematografii postaci. Nie sposób więc nie kojarzyć wielkiej małpy, będącej swoistą ikoną filmową dwudziestego wieku. Jej historia eksplorowana jest od ponad osiemdziesięciu lat (pierwszy film pojawił się w roku 1933) i wygląda na to, że na tym nie koniec. Potwór dorobił się już siedmiu produkcji, a niedawno, na dużym ekranie, pojawiła się ósma – „Kong: Wyspa Czaszki”.

Akcja filmu rozgrywa się w latach siedemdziesiątych, pod koniec wojny w Wietnamie. Badacze odkrywają ostatnią, niezbadaną na Ziemi, tajemniczą wyspę. Wyruszają więc, w asyście wojskowej obstawy, do miejsca docelowego. Po dotarciu do celu czeka ich jednak zaskoczenie – szybko okazuje się, że Wyspa Czaszki to nie raj dla ludzi, a przerażające miejsce, które kryje w sobie mnóstwo niebezpieczeństw…

Reżyseria jest zdecydowanie najsilniejszym elementem filmu. Stworzone przez Jordana Vogta-Robertsa obrazy zachwycają. Ujęcia wręcz zapierają dech w piersiach, pełne żywych, dobrze skomponowanych kolorów. Zwłaszcza sceny z Kongiem, czy to stojącym pośród płomieni, czy górującym nad terenem, na tle zachodzącego słońca, są miodem dla oczu pragnących estetyki. Fragmenty slow motion, nadużywane w niektórych produkcjach, tutaj zostały zastosowane z rozwagą, a to tylko dodaje całości uroku.

Sam Kong przedstawiony jest znakomicie, twórcy efektów specjalnych zadbali o każdy najmniejszy szczegół, od małych zmarszczek na pysku, po posklejane i ubrudzone futro po ciężkiej walce.
Nieco gorzej prezentują się wrogowie wielkiej małpy, ale wciąż jest nieźle. Wrażenie psują jedynie ujęcia, które pewnie, w mniemaniu włodarzy, nie były na tyle istotne, by poświęcić im więcej uwagi i włożyć w nie odrobinę więcej pracy, a więc, gdy przedstawiana jest wyspa i widzimy na niej inne, niż potwory, zwierzęta, wyglądają mniej imponująco, trochę jak w reklamie „Żubra”.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem można podejrzewać, iż cały zapał specjalistów włożony został w… sceny walk. I jest na co popatrzeć. Kong spuszczający łomot ludziom, czy pojedynkujący się z ogromnymi jaszczurami to naprawdę dobre fragmenty filmu, ekscytacja widza sięga zenitu i ogląda owe potyczki z szeroko otwartymi oczami. Dynamika, brutalność, realizm – to zalety tych ujęć.

Fabularnie „Kong: Wyspa Czaszki” trochę kuleje. Chociaż nie można zaprzeczyć, że akcja dzieje się szybko i bez zbędnego rozwlekania w czasie czy niepotrzebnych scen, całość wydaje się być przedstawiona dość skrótowo. Brakuje uzupełnień (niektóre znajdziemy w dodatkach) i wyjaśnień, twórcy od razu przechodzą „do rzeczy”, nie zawracając sobie głowy tym, by cokolwiek rozwinąć. Mimo że jest to minusem, seans nie dłuży się.

Przykładem cięć fabularnych może być James Conrad. Widz nie ma okazji go poznać, co więcej, już w pierwszych scenach sprawia wrażenie niepokornego twardziela, a później okazuje się, że jest jednak kochanym chłopcem o dobrym sercu. Jak? Dlaczego? Zmieniła go Wyspa, czy to tylko maska? Nie wiadomo. Grze aktorskiej Toma Hiddlestona nie można nic zarzucić, gdyż w swoim fachu jest mistrzem, niemniej scenariuszowe spłycenie postaci daje się we znaki. Podobnie sprawa ma się w przypadku Prestona Packarda – odbiorca zostaje postawiony przed faktem – on taki jest i już. Samuel L. Jackson genialnie odgrywa charakterystyczną, zakrawającą o szaleństwo obsesję bohatera, natomiast na próżno w niej szukać jakiś motywów. Z kolei Brie Larson jest nijaka i właściwie nie warto o niej wspominać.

Plusuje John C. Reilly jako Marlow – lotnik, który przed laty rozbił się i utknął na Wyspie Czaszki. Jego opowieść, choć również skrócona, stanowi ważny wątek emocjonalny filmu. Dodatkowo, zdziwaczały rozbitek jest elementem wprowadzającym nieco humoru i rozrzedzającym gęstą od dymu pistoletów maszynowych atmosferę. Nienachalnie, ze smakiem i bez żenady.

Za zaletę można też uznać nieco inne przedstawienie Konga. Nie jest to wielka małpa, która zakochuje się do beznadziejności w damskiej części ekspedycji. Tak naprawdę potwór nie interesuje się nią jakoś szczególnie. Celem Króla jest bowiem obrona wyspy, swojego domu, przed złowrogimi jaszczurami i wszystkim tym, co może stanowić zagrożenie dla niego samego i tubylców. Osamotniony Kong budzi sympatię i współczucie, gdy widz dowiaduje się, jaka jest jego prawdziwa historia. Jego, zarówno waleczny, jak i poczciwy charakter sprawia, że bliżej mu do ludzi, niż zwierząt, a adresat odnajduje w sobie odrobinę empatii i zrozumienia dla tego stworzenia.

Powrót małpiszona na duży ekran można zaliczyć do udanych. Mimo pewnych niedociągnięć, film ogląda się z zapartym tchem i ogromną przyjemnością. Stworzone obrazy koją zmęczone fatalnymi remake’ami oczy, a efekty specjalne zachwycają rozmachem. I chociaż bohaterowie to kula u nogi tej produkcji, trzeba pamiętać, że to właśnie King Kong ma być tu władcą i gwiazdą ekranu. Wszyscy fani potwora, świetnych walk, genialnych ujęć i wyważonego humoru znajdą w projekcie coś dla siebie.

Ocena: 4/5

Dyskusja