Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

W ulotności fantazji – recenzja książki „Rzeczy ulotne”

Chronologicznie drugi zbiór opowiadań Neila Gaimana jest po prostu najlepszą książką z krótkimi formami autora – pełne erudycji, błyskotliwości, wyczucia i płynności zapewniają po równo rozrywkę, przemyślenia i odprężenie. „Rzeczy ulotne” oferują też to, czego w jednej powieści pisarza czytelnik nie uświadczy – szeroką paletę twórczych możliwości, biegłości w tematach i różnorodności zainteresowań, które z taką plastycznością i łatwością Gaiman przekuwa w utwory literackie, sięgające nieraz miana arcydzieł.

W nowych wydaniach Gaiman przyzwyczaił nas do wstępu z objaśnieniem, jak powstało dane opowiadanie, czasem wiersz czy nowelka, co było tego przyczyną, inspiracją, o czym właściwie jest i co udało się – zdaniem autora – w nim zawrzeć, a także jakie tematy były mu wówczas bliskie. Taki sposób działania z jednej strony wzbogaca zainteresowanego o swego rodzaju klucz do interpretacji, a z drugiej ją ogranicza przez zawężenie semiotycznych możliwości. Dlatego wybór należy do przyszłych czytelników – albo zapoznacie się ze wstępem autora, dowiadując się tego i owego, albo postawicie na całkowicie własną interpretacje. Kompromisem może być przeczytanie wstępu jak… posłowia.

Gatunkowo Gaiman zahacza praktycznie o wszelkie kompozycje fantastyczne, horror pojawia się nierzadko, choć raczej w wysublimowanej i delikatnej formie; fantasy to ulubiona działka i radzi sobie w niej najlepiej, zwłaszcza, gdy działa w poetyce realizmu magicznego, lecz science fiction – socjologiczna i bliskiego zasięgu – wychodzi mu także niezgorzej. Stawia na oryginalność, subtelny surrealizm i silne emocje, nie podaje niczego bezpośrednio i używa wielu metafor, barwnych porównań, a głębsze treści często ukrywa pod fabularną przyjemnością.

Co ciekawe, z trzech dostępnych w Polsce zbiorów, właśnie z tego większość została ze mną na dłużej i nierzadko będę do nich wracać. Napisane z lekkością i jasnym językiem, stylem charakterystycznym dla autora czyta się szybko oraz zrozumiale. Po wspaniałych „Amerykańskich bogach” niedosyt zaspokoił mi „Władca górskiej doliny”, swego rodzaju kontynuacja, w której Cień po raz kolejny pokuje się w kłopoty, tym razem bardziej z wyboru, niż przypadku. „Ptak słońca” też ma wiele do zaoferowania i „nomen omen rozgrzewa od środka”. No i nie można nie wspomnieć o nietypowych rozwiązaniach w serii szortów „Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota”, w którym jeden z najpopularniejszych potworów zostaje zreinterpretowany w śmiały i trafny sposób.

Czego więc należy spodziewać się po „Rzeczach ulotnych” Neila Gaimana? Smakowitości. Większość opowiadań to poziom co najmniej dobry, znajdzie się w nim kilka perełek, które być może zostaną z czytelnikami na zawsze i będą do nich, co jakiś czas wracać. Co prawda zbiór ma też gorsze momenty, ale nigdy nie stacza się na dno, Gaiman nawet z najsłabszego pomysłu potrafi wycisnąć nie najgorsze soki. Jeżeli szukacie najbardziej reprezentatywnych krótszych form autora, to sięgnijcie po ten tom, wprawdzie brakuje tu „Rycerskości”, ale z nią byłoby w książce zbyt dużo dobrego.

Ocena: 4.75/5

Dyskusja