Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Weird fiction po polsku – recenzja książki „Miasto i rzeka”

Bodaj największa nadzieja młodego pokolenia horroru w Polsce boryka się z mieszanymi odbiorcami, bo o „Mieście i rzece” można czasem wyczytać osobliwe opinie, że nie jest do końca wyrazista, że – mimo swej objętości – trudno coś z niej wynieść, że to jedne z najgorszych dzieł autora… Nie mogę się z tym absolutnie zgodzić, ponieważ Gunia nie traci formy, tylko eksperymentuje. I to bardzo ciekawie.

W „Mieście i rzece”, niepozornemu tomikowi liczącemu niespełna dwieście stron, zawierają się dwie mikropowieści – tytułowe „Miasto i rzeka” oraz „Droga zjednoczenia”. Oba trzymają poziom i oba są od siebie różne, choć widać w nich piętno wyrabiającego się stylu autora. Od razu trzeba wspomnieć, że nie jest to horror klasy B, a takie określenia wobec tytułu w dyskusjach czasem padają. Myślę, że to kwestia niezrozumienia konwencji, jaką jest weird fiction, odmiana niezbyt u nas popularna.

Opowieść „Miasto i rzeka” skupia się na motywie utraty i niemożności odnalezienia sensu w życiu. Opatrzona wysublimowanymi motywami historia, choć ma w sobie elementy godne gore, wcale a wcale się w tym nurtem nie płynie, raczej zahacza o niego, aby urozmaicić i spotęgować wrażenia czytelnika. Jednak pierwsze skrzypce nie gra tu fabuła, lecz klaustrofobiczna atmosfera lęku, jaka wytwarza się podczas rozwijania się akcji, którą trudno umotywować, ale rachunek prawdopodobieństwa i możliwość racjonalizacji nie sprawdzają się tu w odbiorze. Trzeba dać się porwać i starać interpretować na własną rękę – nic na tacy nie zostanie podsunięte.

W „Drodze zjednoczenia” klimat co prawda nie zawodzi, acz to na intrydze rozłożono więcej akcentów. Nagła, samobójcza śmierć brata staje się przyczyną rozpoczęcia prywatne śledztwa naszego bohatera – i mrugnięcia w stronę miłośników Lovecrafta, a nawet delikatnie wplecione myśli Fryderyka Nietzschego są dla uważnego czytelnika czymś bardzo miłym – prowadzącego do zaginięcia ojca. Przeszłość w ogóle odgrywa w „Drodze” niemało, staje się zarówno obiektem badań i ewentualną motywacją samobójcy, która wpłynie też na protagonistę, a przez niego i na czytającego.

W obu utworach Gunia daje warsztatowy popis – struktura narracyjna współgra z suspensem, budowaniem napięcia i nastrojowością, ale poetycki język (pełen metaforyzmu, plastycznych porównań) to coś obok czego w prozie autora nie można przejść obojętnie, a co nie zdarza się tak często we współczesnej grozie. Chociaż to „Miasto i rzeka” wygrywa ze względu na ową poetyckość.

Ostatecznie, trudno powiedzieć, czy „Miasto i rzeka” może się równać z pozostałymi tytułami autora – szczególnie z „Nie ma wędrowca” – ponieważ to odrobinę inny typ literatury, korzystający wprawdzie z tych samych źródeł, powracają charakterystyczne dla pisarza motywy i cechy, niemniej porównywanie mija się tu z celem. „Miasto i rzeka” smakuje i to się liczy.

Ocena: 5/5

Dyskusja