Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Toshiro”, czyli wartka opowieść o blaszanym samuraju – recenzja komiksu

„Toshiro” w wykonaniu Jai Nitza i Janusza Pawlaka przypomina wypakowany rodzynkami i kandyzowanymi owocami keks. Dietetyczny, gdyż komiks ów przeznaczony dla dorosłego odbiorcy miesza i łączy steampunk z westernem w polewie galopującej akcji i porównań do narracji Quentina Tarantino. Istny miszmasz, jednakże zaskakująco przyjemny w odbiorze. Bohater ubrany w szary robotycznego samuraja ze stoickim spokojem czyni makabryczne rzezie. I robi to z niebywałą gracją w lekko ironicznym, spaczonym nastawieniu!

Marcin 'Lekt' Wiatrak

„Nie jesteś naprawdę żywy dopóki nie boisz się umrzeć”
– Robert „Bob Żywe Srebro” Fulton IV

Mamy rok 1867, wiek pary i mechanicznych wynalazków. Istota o niewytłumaczalnych mocach podróżując przez eter przybyła na Ziemię. Wiktoriańską Anglię zaatakowała enigmatyczna Meduza z innego wymiaru, która kradnie duszę i przemienia ludzi w nader ogarnięte zombiaki (strzelające np. z broni palnej). Bohaterowie „The Walking Dead” mieliby potrójne piekło. W tle majaczą aspekty voodoo i dominujące połączenie czerni z karmazynem krwi. W „Toshiro” mamy do czynienia z wariacją na temat samuraja, nie liczcie na typową opowieść znaną z dzieł Akiro Kurosawy. Mimo, iż Toshiro swe lakoniczne wypowiedzi przeplata pewną dawką wojowniczego etosu i patosu, krew leje się tutaj strumieniami, zaś ciężki ton rysunków Janusza Pawlaka pogłębia jeszcze wrażenie inności. Ilość elementów gatunkowych na jakie złożyła się opowieść o walce Toshiro z plagą żywych trupów (niekoniecznie ideologicznej i ochoczej) potrafi mocno zastanowić i zdjąć przed autorami kapelusz. W końcowym zestawieniu Toshiro wypada zaskakująco dobrze, nawet jeśli wiele wątków po prostu pojawia się i znika niczym królik wyciągnięty z magicznego kapelusza.

Główny bohater znany w komiksowemu światku ─ wystąpił m.in. w magazynie komiksowym „Produkt”, na imię ma Toshiro, wygląda nieco jak skrzyżowanie C-3PO z Samurajem Jack’em. Bywa filozoficzny, acz nie męcząco. Walka o przetrwanie wygląda tutaj z każdej kolejnej strony. Ogólnie ciekawy jest koncept początkowy, gdyż autorzy nie zaserwowali żadnego wprowadzenia fabularnego. Otwierając komiks wskakujemy od razu w sam środek akcji. Gorącej niczym sytuacyjne gagi w slapstickowej komedii gore. Koniecznie takiej z makabreską wspomnianego Tarantino. O Toshiro nie dowiemy się zbyt wiele, również jego towarzysz niedoli i permanentnej walki Robert Fulton IV zwany Bobem Żywe Srebro ─ poszukiwacz przygód z USA stanowiący klucz całej zagadki z trupami, skrzętnie skrywa swą przeszłość. Gospodarowanie wyjaśnieniami bywa w „Toshiro” niezwykle oszczędne. Komiks trzyma tempo i nie pozwala, aby dać się odłożyć na bok, aż nie dobrniemy do ostatniej strony. Natomiast lekko uchylone drzwiczki finału opowieści dają szanse na kontynuację przygód mechanicznego samuraja.

Porównanie z kliszami filmów jak „Diango” czy „Nienawistna Ósemka” ─ samego konceptu owszem możemy zaakceptować, jednakże nie wyczułem tutaj sznytu i punktowych zapadających w pamięć dialogów czy iście memowych puent. Ironicznie przeintelektualizowane docinki czy żarty są domeną ruchomego obrazu reżysera wspomnianych tworów ze srebrnego ekranu. Autorom zarzucano wrzucenie „zlepka” pomysłów wyciągniętych z szuflady i przerobionych nieco przez Jai Nitza. Toshiro sam w sobie jest oryginalny i nietuzinkowy, zarówno na poziomie konceptualnym oraz naszkicowanego rysu charakterologicznego postaci.

Komiks wydano na bardzo grubym papierze w formacie przypominającym kieszonkowy, zbliżony do szkolnego zeszytu. Nieco ostrożności należy zachować wobec okładki, gdyż dość łatwo komiks przełamać. Tłumaczenie wykonane przez Jacka Drewnowskiego nie wymaga absolutnie żadnego komentarza, wykonane jak zawsze profesjonalnie. Zabawnie wypada posłowie napisane przez Janusza Pawlaka o upadkach wydawnictw, w których gościł Toshiro. Album uzupełnia krótka galeria czarno-białych szkiców. Okładka natomiast stanowi piękny ukłon w stronę przygód samuraja-królika zwanego Usagiego Yojimbo autorstwa Stana Sasaki.

Podsumowując album czyta się dość szybko. Akcja trzyma w napięciu, lecz pozostawia czytelnika w poczuciu, iż komiks po prostu jest za krótki na lepsze poznanie głównego bohatera… Meduza jedna przeklęta wie ile przyjdzie nam czekać nim ponownie ujrzymy nitowanego wojownika o duszy na parę. Wszak Dark Horse jak dotychczas nie upadło…

Dyskusja