Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ralph Azham tom 10: Ogień, który dogasa – recenzja komiksu

Czy zło jest dobre?

Kanadyjczycy to najlepsi drwale na świecie. Ze ściętych drzew można produkować papier, a na nim drukować komiksy. Na historyjkach obrazkowych obywatele kraju Liścia Klonowego również znają się świetnie, co udowadnia Lewis Trondheim w swojej serii z gatunku fantasy!

Ralph Azham, namiestnik któla to człowiek, którego jedynym pragnieniem jest czynienie dobra (no może poza drobnymi własnymi korzyściami). By tego dokonać, musi zabijać, grabić i kraść. Dopiero dojście do władzy czasami pokazuje, że przeciętni obywatele kraju są idiotami, którymi trzeba rządzić za pomocą strachu, by ci sami sobie nie szkodzili. Dlatego niekiedy przyłączenie się do wroga może być skuteczniejsze, niż walka z nim.

Ralph potajemnie zbiera swoją armię naniebieszczonych, utalentowanych ludzi, by stanowić liczącą się siłę i móc przeciwstawić się potężnej przeciwniczce, która ujawniła się niedawno. Nie wie on jednak co ma ona do ukrycia i jakim cudem mogła pokonać jego, który sam nie tylko posiada moce, ale również dysponuje potężnymi amuletami, dzięki którym mógłby w pojedynkę pokonać całą armię. Rozgrywki u szczytu władzy nabierają naprawdę ostrego charakteru i tylko nieszablonowe decyzje Ralpha mogą ocalić kraj od chaosu.

Lewis Trondheim, kanadyjski twórca, znany z tego, że zawsze potrafi zaskoczyć czytelników i tym razem nie zawiódł swoich fanów. Seria „Ralph Azham” już od pierwszego tomu wciąga w bardzo nieszablonowy świat, gdzie wszystko okazuje się być inne, niż wygląda. Rewelacyjne rozwiązania fabularne stosowane przez autora sprawiają, że podczas lektury trudno przewidzieć ciąg dalszy, a nawet jeśli się to uda, scenarzysta udowodni, że jego wyobraźnia innymi drogami chodzi. Jest to powód, dla którego na kolejne albumy serialu czeka się z wypiekami na twarzy. Nie jest chyba przesadą powiedzieć, że pod tym względem przygody Azhama królują na polskim rynku.

Namiestnik króla na swojej drodze spotyka wiele barwnych postaci, zarówno sprzymierzeńców, jak i wrogów. Żadna z nich nie pozostaje jednak tylko schematycznym odzworowaniem konkretnych cech, a okazuje się bohaterem z krwi i kości, z masą pozytywnych cech i jeszcze większą ilością wad. W tym świecie nikt nie jest idealny, ale również nikt nie jest do końca zły. Każdy ma jakieś motywacje i popełnia błędy. Nawet głównych pozytywnych bohaterów dramatu trudno nazwać godnym wzorem do naśladowania. Niesamowite jest to, że autor w poważną, trudną czasami tematykę potrafił wkomponować wiele humoru. Co prawda w głównej mierze czarnego i wynikającego z sarkastycznego charakteru głównego bohatera. Ciekawe dialogi i ich wydźwięk są tym komiczniejsze, że najcześciej pokazują absurdy obecnego świata i ludzkich zachowań. Trondheim bezwstydnie ujawnia ludzkie słabostki, jednak w żaden sposób ich nie krytykuje. Jest to siła fabuły, gdyż unika taniego moralizatorstwa. Pokazuje to, że moneta ma zawsze dwie strony, a każdy może mieć chwilę słabości.

Na pierwszy rzut oka trudno uznać, żeby stylistyka graficzna użyta przez Troindheima była w stanie dobrze oddać fabułę, opierającą się głównie na trudnych decyzjach i dramatach. Proste kontury i bohaterowie wyglądający na zwierzaki przez kontrastującą formę idealnie wpasowują się w twórczość Trondheima, której cechą rozpoznawczą jest łamanie wszelkich granic. Już w świetnym „Lapinocie” pokazał, że uproszczona grafika bijąca się ze skomplikowanym scenariuszem może go jeszcze bardziej podkreślać.

Cóż jeszcze można dodać? Tylko zachętę do zapoznania się z przygodami Ralpha Azhama. Tworzą one ciąg fabularny, wiec warto rozpocząć lekturę od tomu pierwszego, a nikogo, kto go tknie, nie będzie trzeba namawiać na kontynuowanie aż do tomu dziesiątego. Pomysłom jednego z najlepszych autorów komiksów świata trudno się bowiem oprzeć, a kolejne albumy bronią się same. Jeśli zatem jeszcze nie mieliście przyjemności się z nimi zetknąć, pora naprawić ten błąd! Co prawda – mimo uproszczonej grafiki – odradzamy pokazywania ich najmłodszym dzieciom.

Dyskusja