Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wampir z czystym sercem – recenzja mangi „Serafin Dni Ostatnich” #10

„Serafin Dni Ostatnich” do pewnego czasu cieszył czytelników niezobowiązującą rozrywką, trochę innym podejściem do tematyki wampirów i postapokalipsy oraz typowym japońskim dowcipem. Tego nie zabraknie i w dziesiątym tomie serii, lecz to właśnie on przełamuje wewnątrzcyklową wtórność, wprowadzając do uniwersum z pozoru niepasujący element.

W świecie zarysowanym dokładnie, choć nieprzesadnie szczegółowo toczy się walka o władzę, dominację i przetrwanie dwóch frakcji – wampirów, które kilka lat temu z pomocą zabójczego wirusa zdziesiątkowały tereny ziemskiej powierzchni; oraz ludzi, zorganizowanych pod pieczą Japońskiej Cesarskiej Armii Demonów, wspierającą się w starciach wzmocnionym przez siły nieczyste orężem. Takaya Kagami postarał się, aby wszystkie komponenty świata przedstawionego współgrały i wszelkie zajścia, wydarzenia, zdolności czy zjawiska społeczne, fizyczne bądź nawet magiczne wynikały z sensownych źródeł lub przyczyn. Niemniej, drobne potknięcia pokroju deus ex machina scenarzyście się zdarzają – na szczęście, nowy, kluczowy element uniwersum doń się nie zalicza.

Nikogo nie powinno zdziwić też, że fabuła stanowi bezpośrednią kontynuację dziewiątego tomu – tak po prostu skomponowano cykl, na modłę komiksu japońskiego, coś, co my możemy kojarzyć z wszelkiego rodzaju seriali, tzw. tasiemców. Księżycowa Kompania zaprzestaje działań na froncie, a wycofując się natrafia na Mikaelę, wampira-przemienieńca, przybyłego na ratunek Yuuichirou. Spotkanie zbyt przyjazne nie jest, a walka z moralnością oraz stereotypami i ideologią wchodzi w poświęconych jej scenach wręcz na pierwszy plan, przewartościowując poglądy poszczególnych bohaterów.

Charakterologiczne rysy zostały więc w tym tomie nieco zmienione – tzn. niebezsensownie, nagle, tylko na skutek nowych faktów i doświadczeń. Postacie ewoluowały, dojrzały. Ich wewnętrzne przemiany są tu dobrze, wyraźnie umotywowane, a dzięki tych metamorfozom czytelnicy mogą dodatkowo poznać odrobinę świeżych informacji o nich, rzucających trochę odmienne światło na ich dotychczasowe postawy, zachowania czy działania.

Graficznie seria wciąż utrzymuje przyzwoity, klasyczny już poziom. Yamato Yamamoto zgrabnie korzysta z szerokiej palety swych plastycznych talentów i wyczucia, odpowiednio dostosowując rastry, cienie czy kreskowanie… Ale to także standard cyklu. Jednak to postacie są w przypadku „Serafina” klejnotem koronnych – ich detaliczne i charakterystyczne stroje i „urocza” fizjonomia bohaterów w rozrywkowym sektorze mang zrobiła niemałą karierę, co widać na licznych konwentach w postaci cosplay’u.

Na zakończenie wypada podkreślić, że dziesiąta część „Serafina Dni Ostatnich” to najciekawsza z dotychczasowych i nie dość, że w ciekawy sposób rozbudowuje uniwersum i rozwija sylwetki, wprowadza powiew świeżości do serii, to jeszcze stawia przed czytelnikiem kilka drobnych pytań natury moralnej. Jak na mangę rozrywkową – miód.

Ocena: 3.75/5

Dyskusja