Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Star Wars. Gdzie jest Wookiee? Barwna podroż po galaktyce – kredkowa recenzja

Pora ponownie dołączyć do Chewiego w nieco innej formie. Tym razem poza poszukiwaniem sympatycznego i wielgachnego futrzaka z Kashyyyk chwycimy kredki, flamastry albo farbki i kolorując różnorakie postaci wyruszymy na dość długie poszukiwania sympatycznych Wookiee.

Marcin ‚Lekt’ Wiatrak

W kolejnej przygodzie z najbardziej znany w Galaktyce Wookieem odwiedzimy blisko trzydzieści lokacji, które postawią przed małym i nieco większym fanem kredek i mazaków spore wyzwanie. Uzupełnienie całości powinno zająć cierpliwym domorosłym plastykom kilka dłuższych posiedzeń.

W oryginalnym tytule książka autorstwa Katrina Pallant w dosłownym tłumaczeniu została nazwana kolorowanką, jednakże wciąż mamy do czynienia z formułą znaną z serii „Gdzie jest Wall’y/Woldo?”.
Ilustracje autorstwa Ulisesa Fariñas (Amerykanin o kubański korzeniach, artysta i scenarzysta) utrzymują podobny styl oraz natłok zabawnych scenek sytuacyjnych. Ilustrator albumu tworzył między innymi dla DC („Catalyst Comix”, „GAMMA”) oraz rysował Kapitana Amerykę dla Marvela. Rysował także Godzillę (w latach 2015-2016), Sędziego Dredda oraz serię „Transformers: Heart of Darkness”.

„Gdzie jest Wookiee?” nie odbiega od wcześniej wydanych przed Egmont Polska książek-zgadywanek. Papier jest gruby i bardzo dobrze przyjmuje wszelkiego rodzaju kredki, zdarzyło się niestety gdzieniegdzie, iż marker czy mazak przebijał na kolejną stronę. Zmianie wobec wcześniejszych dwóch części książek-zgadywanek jest rezygnacja z twardej oprawy oraz, czego nie pojmuję całkowicie, wielkości.

Różnica wychodzi dopiero w formie, a nawet formule. Naszpikowanie dwustronnych artów lokacji mnóstwem szczegółów, których zakolorowanie wymaga iście (wybaczcie!) małpiej zręczności. Pytaniem otwartym pozostaje, do jakiej konkretnie grupy wiekowej skierowano owo wydawnictwo?
Przyznam otwarcie z doświadczenia pedagogicznego i pracy z maluszkami (przedszkolaki oraz nauczenie początkowe), iż zapełnienie jednej strony będzie dla takiego gwiezdnego mini-podróżnika nie lada wyzwaniem. Oczywiście w pełni rozumiejąc sens powstawania tego typu motorycznie-edukacyjnych pozycji, kreatywnie zapełniających czas. Maluszek zwyczajnie „zabazgra” punktowo wybrane przez siebie (często losowo) elementy i przejdzie dalej.

Ważna będzie tutaj raczej praca z rodzicem. Seria „Gdzie jest Wookiee?”, którą recenzowaliśmy już na Bestiariuszu pozwalała na zabawę z gotową kolorową bombą, tutaj dziecko musi samo takową mieszanką barwi i historyjek wypełnić samodzielnie. Pomoc rodzica może tutaj wykazać się swoistą kreatywnością, podsuwając dziecku wskazówki, tłumacząc kim są dane postaci oraz jaką pełnią rolę w Gwiezdnym Uniwersum.

Przyznam otwarcie, iż po rozpakowaniu egzemplarza recenzenckiego z ochronnej folii przeraziła mnie ilość szczegółów! Wysoki poziom zadania, jaki został postawiony przed małoletnim odbiorcą potrafi przytłoczyć. Lecz im dłużej analizowałem poszczególne, różnorodne miejscówki, tym szerzej otwierałem usta z nieskrępowanej radości na myśl, iż nawet starego nerda możne wciągnąć wyszukiwanie łamania czwartej ściany i puszczania przez autorów oczka śmiesznostek.

Jeżeli nie potraktujemy Barwnej podróży po Galaktyce wyłącznie jako tytularnej kolorowanki, użyjemy Mocy i siły własnej wyobraźni. Powinniśmy się doskonale bawić i zagospodarujemy czas naszej małej pociesze, która podczas wizyty na zakupach będzie nas mogła bez krępacji naciągnąć na ekstra komplet kredek z Lordem Vaderem!

„Star War. Gdzie jest Wookiee? Barwna podróż po Galaktyce” znajdziecie na https://egmont.pl/

Dyskusja