Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zwrotnica akcji – recenzja mangi „Serafin Dni Ostatnich” #11

Wydarzenia z dziesiątego tomiku przyczyniły się do tego, że seria o postapokaliptycznej walce ludzi z wampirami (no i demonami w tle) nie będzie już tak spokojna jak wcześniej – tego typu zawiązanie akcji sugeruje, że w najbliższych tomach dziać się będzie niemało, a i punktów kulminacyjnych też się namnoży. Słowem, szykuje się finał pewnego etapu w cyklu o „Serafinie Dni Ostatnich”.

Wszystko, co działo się do części mniej więcej ósmej nie niosło za sobą aż tak wielkiej wagi i konsekwencji, jak zdarzenia z kilku ostatnich tomów. Wreszcie doszło do swego rodzaju pojednania, ale i rozłączenia i – delikatnie rzecz ujmując – pożegnania niektórych sylwetek, co z kolei jest przyczyną motywacji fabularnej w jedenastej odsłonie serii.

Księżycowa Kompania opuszcza pozycje i powoli ucieka na lotnisko w Nagoi, co dla poniektórych nie do końca jest pomyślnym rozwiązaniem, szczególnie, gdy pojawia się tam jeden z głównodowodzący bezlitosny, surowy Kurento. I właśnie on, żeby zyskać przewagę ma zamiar dopuścić się niezbyt moralnego eksperymentu w iście machiawelistycznym stylu. Z kolei Yuu i Mikaela, wspólnymi siłami, starają się uwolnić przyjaciół, lecz i im przyjdzie posmakować nieco goryczy, zwłaszcza w momencie pokrzyżowania planów przez przybycie wampirów z Gurenem w roli jeńca.

Nie da się ukryć, że fabułę tomu dynamizuje – jak to zwykle w serii bywało – seria sensacyjnych scen, przepełnionych akcją, konfrontacjami, pojedynkami, zasadzkami i ucieczkami przy akompaniamencie walących się budynków, kruszonego asfaltu i świstu oręża. Jednak „Serafin” oprócz momentów, gdzie budowanie napięcia i walka grają pierwsze skrzypce, ma także wiele chwil dialogowych, wymiany informacji i poznawania nowych stron poszczególnych bohaterów oraz pobudek, jakie nimi kierują. Czasami są bardzo sensowne i przemyślane przez autora, choć i takich trochę naciąganych i pretensjonalnych się w tomie znajdzie. Co oczywiście w ogóle nie psuje spójności, bowiem seria od początku nie grzeszyła wysublimowaniem, za to można powiedzieć, że jest znacznie lepiej pod względem logiki, niż miało to miejsce w niektórych spośród pierwszych części cyklu.

Nikogo nie rozczaruje też warstwa graficzna, w której odpowiednie dobranie cieniowania, rastrów i wypełnienia zawsze idealnie współgrały tworząc jedne z najbardziej ciekawszych a charakterystycznych modeli postaci we współczesnym komiksie japońskim. I chociaż rzadko kiedy Yamamoto, odpowiedzialny za ilustracje, ozdabia sceny tłem, to z detalami i prawidłowym oddaniem emocji, ruchów i tego, co wizualnie wspomaga (i odzwierciedla) scenariusz nigdy nie miał problemu. Właśnie dzięki tak dobrze dobranemu zespołowi, Kagami-Yamamoto, czytelnicy chcący odrobiny niezobowiązujących rozrywki i napięcia mają, co czytać i to w nie najgorszej jakości.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja