Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Czy androidy śnią o uczuciach? – recenzja książki „Łzy Mai”

W niedalekiej przyszłości replikanci są znaczną pomocą dla ludzi. Te sztuczne osobniki prócz analitycznej pamięci, zwiększonych możliwości fizycznych i sporej inteligencji posiadają jeszcze jedną cechę – absolutny brak uczuć. Jared Quinn to oficer policji, w którego zespole pracuje Maya, android będąca najpewniejszym, niezawodnym jego członkiem. Doświadczony detektyw nie spodziewa się jaką odegra ona rolę w buncie, stanowiącym punkt zwrotny w historii ludzkości. Nie wie też, jak jego reperkusje zbliżą go do sztucznych istot, będących dla niego czymś obcym i nienaturalnym.

Martyna Raduchowska to młoda pisarka, dla której „Łzy Mai” to pierwszy krok w świecie powieściowej fantastyki naukowej. Jej wcześniejsze fabuły skupiały się na rozrywkowym urban fantasy, lecz tym razem postanowiła zbliżyć się do dzieł takich jak „Blade Runner” Phillipa K. Dicka. Porusza tematykę istnienia i wolnej woli. Zadaje pytanie: gdzie kończy się sztuczna inteligencja, a zaczyna się życie? Czy granicę stanowi samoświadomość, czy też uczucia? W skonfliktowany świat, w którym istnieje wyraźne rozgraniczenie pomiędzy prawdziwymi a sztucznymi bytami, wrzucony zostaje bohater po przykrych przejściach. Jego doświadczenia jednoznacznie go przekonują, że androidy to nic więcej niż skomplikowane laptopy i nie powinny mieć żadnych praw. Sam jednak zostaje wyposażony w sporą ilość elektronicznych wszczepów, które tak bardzo upodabniają go do istot przez niego pogardzanych.

W powieści Raduchowskiej pobrzmiewają echa powieści cyberpunkowych z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Widać tutaj brzmienie utwrów Williama Gibsona, Philipa K. Dicka i innych klasyków. Co prawda największą inspirację można połączyć z rynkiem japońskim, a głównie dziełami takimi jak krótki serial animowany „Armitage III”. Duchem przewodnim obu tych tytułów są słowa pytania bohaterki filmowej, czyli „Skoro ludzie mnie nie chcieli, to po co mnie stworzyli?”. Ponury wydźwięk tych słów można odnieść do zwykłej codziennej egzystencji i kwestii życia, które również pojawia się w sposób niekontrolowany. W najbliższych latach ludzkość również będzie musiała zacząć borykać się z problemem niejasności przepisów i traktowania sztucznych inteligencji. Czy będzie ona dla ludzkości zagrożeniem? Czy Hal-9000 miał rację?

Niestety brak doświadczenia autorki objawia się w pewnych niedociągnięciach językowych. Na pierwszych stronach nagminnie stosowana jest zasada przestrzegana przez początkujących twórców, czyli używanie dosłownie jednego epitetu do każdego rzeczownika. Nigdy więcej, nigdy mniej. Całe szczęście, w dalszej części utworu autorka przestaje trzymać się tej reguły i już po prologu – ciekawym, acz ciężkostrawnym, książka zaczyna cieszyć i nie sprawiać problemów z podążaniem za treścią. Tylko niektóre fragmenty, zawierające naukowe wywody, nieistotne dla fabuły (aczkolwiek sprawiające ewidentną radość autorce) oraz długie monologi bohaterów nieodpowiadające przedstawianej sytuacji, można uznać za zbyteczne. Prócz tego książka jest interesująca i pozwala czytelnikowi bezproblemowo wczuć się w przedstawiony świat.

„Łzy Mai” powinny zatem przypaść do gustu wszystkim fanom troszkę ambitniejszej prozy science fiction, nie pozbawionej jednak sporej ilości akcji. Co prawda warsztat autorki jeszcze nie nadąża za jej wyobraźnią, widać jednak na przestrzeni kolejnych rozdziałów, że ta różnica jest powoli niwelowana. Zatem można bez obaw dać szansę pierwszemu tomowi serii i oczekiwać na kontynuację. Jest to niewątpliwie jedna z ciekawszych polskich powieści z gatunku cyberpunk, warto się z nią zatem zapoznać.

Ocena: 4/5

Dyskusja