Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Młodzieżowe SF z petardą – recenzja książki „Zabójcze maszyny”

Po „Zabójczych maszynach” Philipa Reeve’a nie spodziewałem się zbyt wiele – ot, kolejna młodzieżowa proza, która zostaje wydana/wznowiona z okazji ekranizacji i to głośnej, ponieważ za reżyserskimi sterami stanął Peter Jackson, twórca obrazu „Władcy Pierścieni”. Okazało się, że to jedna z ciekawszych książek SF dla młodszych, ale i starsi nie zawiodą się lekturą powieści.

To prawda, że wymaga zarzucenia niewiary – kilka absurdów i nieprawdopodobieństw się tam pojawia, których logika i fizyka nie chce zbytnio zaakceptować. Wiecie, miejscem akcji jest świat, w którym druzgocząca większość miast porusza się za pomocą ogromnych gąsienic i silników dieslowych, a prawo silniejszego (miasta) to najwyższe prawo w Krainie Łowów, czyli przestrzeni poza jakimkolwiek miastem. W obrębie miast panuje zwykle pewna harmonia i ludzie mają swoje zasady, struktury i cele. Wyjątek stanowi pewna kraina odgrodzona od reszty świata wielkim murem, ale jej rola w powieści jest mocno ograniczona.

W pierwszym polskim wydaniu książka nosiła tytuł „Żywe maszyny” i doczekała się tylko jednej z trzech kontynuacji (ona, „Złoto drapieżcy”, też ma mieć wznowienie przed premierą filmu i trzymajmy kciuki, aby udało się wreszcie wydać trzeci i czwarty tom, bo świat skrywa wiele tajemnic). Obecnie zmieniono tytuł, żeby jednoznacznie wskazać powiązanie z nadchodzącą superprodukcją – i tym razem nie będę bojkotować pomysłu czy sposobu wydawców na zarobienie, im więcej osób sięgnie po książkę, tym więcej zasmakuje dobrej lektury, a prawdopodobieństwo wydania całego cyklu mocno wzrośnie.

Historia jest tu bardzo prosta – chłopiec zanurzony w jedynej słusznej ideologii i pragnący wielkości swego domu, Londynu, zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, który obnaży przed nim wszystko kłamstwa, jakimi był karmiony od dziecka. Pewnego dnia jest świadkiem zamachu na swego bohatera i pragnie ująć zamachowca, ale doprowadza go to prawie do śmierci, zostaje wyrzucony z miasta. Aby przeżyć musi połączyć siły z dziewczyną, która chciała zabić jego idola i poznaje jej motywacje i powoli zupełnie zmienia zdanie.

W trakcie ich wędrówek nie zabraknie dla nich przygód. Tom i Hester przemierzają pofałdowane tereny, trafiają do podniebnego miasta, zostają porwani przez piratów, chronią się w mieście przy murze. A żeby umilić im czas autor zmotywował bohaterów do tego, aby jeszcze szybciej się poruszali poprzez wysłaniu za nimi pościgu. W międzyczasie wydarzenia w Londynie śledzi się za pomocą innej postaci, Valentine, która również poznaje sekrety miasta. Wiele rzeczy napędza tu fabułę, ale z biegiem czasu okazuje się, że niektóre wątki zostały do „Zabójczych maszyn” wciśnięte na siłę, lecz nie psują odbioru – bardziej w pewnym momencie adresat dochodzi do wniosku, że tu było trochę przegadania, tam odrobinę bez sensu zrobiono to i to, żeby uzyskać coś, co miało doprowadzić historię do z góry zamierzonego etapu. Zaplanowanie na plus, niektóre rozwiązania na minus. Ale są prawie niedostrzegalne, gdy ktoś skupia się na rozwijającej się przygodzie, a o to nietrudno.

„Zabójcze maszyny” Philipe’a Reeve’a to co prawda pierwszy tom cyklu, ale zamknięta, wyczerpująca historia, oferująca uniwersalne wartości, bardzo nietypowy i oryginalny świat, bohaterów, których mimo słabostek czytelnik szybko polubi, a historię czyta się na jednym tchu. Niby młodzieżowe SF, ale sprawdza się jako ciekawa lektura dla starszych. Polecam.

Ocena: 4/5

Dyskusja