Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Dziwny zbiorek – recenzja książki „Dziwna pogoda”

Nowowydana w Polsce książka Joego Hilla wydaje się taką nagrodą pocieszenia, bo ani to długie samo w sobie, ani zbiorczo niezbyt okazałe (mimo objętości pięciuset stron). Pozornie świeży nabytek w świecie literackiego horroru, marka uznana za kontynuatora tradycji ojca, Joe Hill King zdążył przyzwyczaić czytelników do okazałych, wielowątkowych kawałków, które trochę zajmą. A tu „Dziwna pogoda”, czyli zbiór czterech opowiadań, niezwiązanych ze sobą fabularnie. Niby ochłap na pocieszenie – nie, cztery przyzwoite teksty, potwierdzające, że Hill talent odziedziczył po tacie, nawet w krótkiej formie.

Każde z opowieści opiera się właściwie na prostym motywie, które niczym silnik napędzają fabułę i to tak, że nie czuje się monotonii jazdy, lecz podziwia się malownicze krajobrazy historii. Pierwsze z nich, „Zdjęcie” opowiada o kobiecie, dostrzegającej w okolicy fotografa odbierającego za pstryknięciem fotografii wspomnienia; popadającej w niełaskę lokalnej społeczności. Drugie, „Naładowany” to narracja o napadzie na dom handlowy i bohaterze, ratującym całą sytuację, a potem ujawniającym – przez reporterkę – swą bardzo mroczną przeszłość. „Wniebowzięty” z kolei się trochę w absurdy, ale ostatecznie ma mocny fundament. Mężczyzna skacze ze spadochronem z miłosnych motywacji i ląduje na osobliwej chmurze. W ostatnim opowiadaniu, o tytule „Deszcz” czytelnik doświadcza złota lecącego z nieba, choć tylko jeżeli lecące zeń gwoździe spieniężyć, ponieważ na miasteczko Bouder w Kolorado nie spadają krople, lecz śmiercionośne gwoździe.

Hill ma zadatki na wyśmienitego pisarza, dla którego nie będzie przeszkodą napisanie dzieła ambitnego, ale czasem bierze się za pomysły rodem z ciemnej strony horroru, B-klasy. Co wcale mu nie umniejsza, bo znacznie sprawniej porusza się i motywuje pewne zjawiska niż przewodnicy tego typu literatury grozy. O ile „Zdjęcie” czy „Naładowany” to historie z pewną głębią, przesycone metaforami i narracyjnie pięknie skonstruowane, o tyle „Deszcze” i „Wniebowzięty” do pewnego momentu wydają się powtórką z rozrywki niektórych – wprawdzie ciekawszych – tekstów B-klasy. Na szczęście, Hill tak gra z adresatem, żeby myślał, że czyta dobrze napisane, właściwie guano, a na koniec okazuje się, że to odbiorca został wkręcony w taką kreację i narrację, wszystko miało solidne podłoże i wymiar nieco alegoryczny. To kolejny dowód, że Hill doczeka się dzieła, które wpisze się do kanonu grozy.

Da się również zrozumieć pisarza w materii warsztatowej – chciał skupić się na zwięzłych, skondensowanych fabułach, bez zbędnego wgłębiania się czy w ogóle tworzenia pobocznych motywów. Jednak „Zdjęcie” czy „Naładowany” wydają się zbyt mało rozbudowane, odczuwa się niedosyt i pewną pustkę w niektórych miejscach. Niby lepszy niedosyt niż przesyt, ale takie historie tylko zyskałby na nadaniu im kilku nowych ścieżek w narracji. Hilla kojarzy się z „Strażakiem” i „NOS4A2”, gdzie znakomicie, acz i tak miejscami lakonicznie, autorowi udało się w pełni opowiedzieć fabułę, a w tych dwu nowelach – chociaż nic im nie brakuje – do końca nie ma tego całościowego domknięcia.

Nie przeszkadza to mimo wszystko w cieszeniu się lekturą „Dziwnej pogody”. Joe Hill ma talent i każda z zawartych w tejże publikacji opowieści oferuje to, co w dobrym horrorze najważniejsze – odpowiednio zbudowaną nastrojowość, wyrazistych, przekonujących bohaterów i nietypowe rozwiązania. Książka trzyma poziom, mimo zabawy z motywami B-klasowymi daje treść refleksyjną i niegłupią oraz udowadnia, że krótsze formy wciąż mogą być literaturą równie dobrą, co pełnoprawne powieści.

Ocena: 4/5

Dyskusja