Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Festiwal cringe’u – recenzja komiksu „Nightwing Tom 3 – Nightwing musi umrzeć”

Dawny protegowany Batmana powraca w kolejnym tomie autorskiej serii. Tym razem Dick Grayson rusza na ratunek swojej porwanej dziewczynie oraz sprzymierza się z krnąbrnym Robinem w celu pokonania tajemniczego wroga. Natomiast odbiorca recenzowanego dzieła na czas lektury, powinien sprzymierzyć się z wysokoprocentowym trunkiem, gdyż przeprawa przez komiks będzie ciężka.

Dzieło rozpoczyna się w momencie finału poprzedniczki. Nightwing korzysta z uroków związku z Shawn Tsang, niebieskowłosą psychoterapeutką dla młodocianych super-przestępców. Idyllę przerywa nagłe zniknięcie dziewczyny. Grayson szybko odkrywa, że bohaterka została porwana a dramatyzmu sytuacji dodaje fakt iż Tsang podejrzewa, że zaszła z Dickiem (sic!) w ciążę. Wspomagany przez Damiana Wayne’a, najmłodszego z Robinów w nietoperzej rodzinie, bohater wyrusza śladem ukochanej. Podróż zabierze go między innymi do Francji i Egiptu, gdzie Grayson zmierzy się z plejadą złoczyńców znanych oryginalnie z komiksów o Batmanie. Głównym zagrożeniem opowieści okaże się jednak Deathwing, wynaturzone alter-ego protagonisty odzwierciedlające jego najgorsze cechy. Przeciwnik zna wszystkie tajemnice Dicka oraz dorównuje mu w walce, zamiarem potwornego schwarzcharateru jest skonfrontowanie młodego bohatera z jego ciemną stroną. Co ciekawe tożsamość złoczyńcy nie jest oczywistą sprawą a scenarzyści umiejętnie wodzą czytelnika za nos, ukrywając ten fakt.

Wokół poszukiwań Tsang i starcia Graysona ze swoim mrocznym odbiciem, zbudowano główną oś fabuły. Opowieść umilają humorystyczne utarczki pomiędzy Dickiem a Damianem, którzy spierają się o to, kto będzie lepszym następcą Mrocznego Rycerza. Na ostatnich stronach tomu zawarto dodatkowo krótką historię, skupiającą się na kumpelskich przygodach Nightwinga i Flasha. Głównym celem tej obrazkowej etiudy jest wprowadzenie do historii nowego antagonisty, który w przyszłości napsuje krwi Graysonowi. Charakterystyczne dla serii o Nightwingu jest wplatanie w super-bohaterską sztampę wątków z życia młodych dorosłych. Dick stara się zbudować poważny związek z nową dziewczyną a chwilę później panikuje, na wieść o możliwości zostania rodzicem. Na trzecim planie pojawia się także motyw zagubienia młodocianych obrońców sprawiedliwości, którzy poza bieganiem w trykotach zdają się nie znajdować alternatyw na swoją przyszłość. Grayson sam jest pełen wewnętrznych bolączek i stara się rozgryźć jakim typem herosa chce zostać. Tego typu wstawki ubogacają osobowości przedstawionych postaci, prezentując bohaterów od ludzkiej strony i umożliwiając utożsamianie się z nimi. Niestety wspomniane fragmenty są nieliczne i na tle całokształtu opowieści zebranej w tomie, stanowią mały plus.

Komis pełen jest absurdalnych zwrotów akcji i patosu, równoważonego głupkowatym poczuciem humoru. Jeśli lubujecie się w w komiksowych, groteskowych telenowelach takich jak np. serial „Gotham” to „Nightwing” jest wymarzoną pozycją dla was. W świecie przedstawionym w dziele, postaci poboczne mogą zostać zamordowane nożem na oczach bohatera, tylko po to by odżyć dwie strony dalej, zdradzając iż ich siła woli umożliwiła im pełną kontrolę nad motorycznością wrażliwych organów i uchronienie ich przed ostrzem penetrującym ciało. Jak uważacie, że komiks i fantastyka rządzą się swoimi prawami i nikt nie ma prawa ich podważać, to ponownie zapraszam do lektury. To tylko jeden z wielu kwiatków jakie znajdziemy w tomie. Motywacje złoczyńców są irracjonalne, albo zarysowane w sposób szczątkowy. Jeżeli nie czytamy równolegle innych opowieści ze świata „Odrodzenia” niektóre wątki poruszane w dziele, mogą wydać się niezrozumiałe. Nightwing snujący refleksje na temat igraszek miłosnych a następnie zalewający się łzami i wygłaszający płomienne kazania o odpowiedzialności za swoje czyny, zamiast poruszać, wzbudza pobłażanie i nudzi. Podobnie rzecz ma się w moim przypadku z odbiorem całego tomu.

„Nightwing musi umrzeć” jest dziełem liczącym sobie 132 strony. To niezobowiązująca pozycja na niedzielne popołudnie, niestety w zależności od komiksowych upodobań, jej lektura może okazać się wielodniową katorgą. Na plus warto zaliczyć poboczne wątki związane z życiem prywatnym superbohaterów oraz przyzwoitą szatę graficzną, utrzymaną w mrocznym, kanciastym tonie. Tytuł mogę polecić zagorzałym miłośnikom uniwersum DC oraz młodym czytelnikom, rozpoczynającym przygodę z opowieściami obrazkowymi. Osobiście nowe perypetie Dicka Graysona mnie zmęczyły. To twór pisany na kolanie i stanowiący wyrywek z większego uniwersum, które od zalewu historii bliskich poziomem fan-fiction nastolatków, chwieje się obecnie na własnych nogach.

Dziękujemy Wydawnictwu Egmont Polska za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Dyskusja