Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Górale potwierdzają, że recenzent był sceptyczny – recenzja gry „Owce na manowce”

„Owce na manowce” to wydana przez Trefl gra karciana wykorzystująca popularny system „match three” w przystępnej dla najmłodszych oprawie graficznej. Tytuł ten nie jest niczym szczególnym pośród zalewu innych, często bardziej wyróżniających się, produkcji. Z pewnością na chwilę oderwie dzieci od innych rozrywek, ale niełatwo stwierdzić, czy zatrzyma je przy sobie. Christian Giove ma doświadczenie w tworzeniu gier karcianych, ale czy polska wersja „Dolly Crush” to dobra pozycja?

Obrazek

Owcy urok, owcy wdzięk
Gra trafia w nasze łapki zapakowana w kartonowe pudełko o wymiarach zbliżonych do kartki w formacie A5. Front zdobi kreskówkowa grafika przedstawiająca „zwariowane” kudłate zwierzaki i psy pasterskie, bezskutecznie usiłujące zapanować nad rozochoconą gromadką. I chociaż boki nie wyróżniają się niczym szczególnym, to dno jest wypełnione informacjami odnośnie rozgrywki oraz czymś w stylu streszczenia tła fabularnego – owieczki „zbiegły na manowce” i muszą być złapane i pozbierane w stada. Wewnątrz znajdziemy wydrukowane na kredowym papierze karty oraz instrukcję. Wypraska jest jednak źle przemyślana, uniemożliwiająca posegregowanie elementów według typu już w pudełku. Każdą rozgrywkę należy więc zaczynać od pośpiesznego rozdzielenia talii na szesnaście Psów i sto Owiec. Wymiary opakowania zostały dostosowane do instrukcji, co sprawia, że jest sporo niepotrzebnego miejsca, sprawiającego, że wszystko stukocze podczas przenoszenia.

Szata graficzna została dobrana do predefiniowanego odbiorcy. Kreskówkowe obrazki nie są brzydkie, jednak tła na nich z pewnością mogłyby wyglądać lepiej. Owszem, nie powinny być zbyt „zapaćkane”, by gra pozostała przejrzysta, aczkolwiek lekko przekolorowane, jednolite farby zbytnio nie zachęcają. Rewersy zawierają estetyczne logo wraz z quasi górskim krajobrazem. Jeśli zaś chodzi o jakość, to karty zostały wykonane w stylu, do jakiego przyzwyczaił nas Trefl. Elementy są solidne i powinny spełniać swoje zadanie przez długi czas.

Obrazek

I jak tu połapać ten motłoch?
Przygotowanie do sesji należy rozpocząć od wspomnianego rozdzielenia i potasowania talii. Następnym krokiem jest ułożenie z dociąganych z puli Owiec trzech rzędów po pięć kart. Jeśli w wyniku rozstawienia wystąpią trzy takie same karty w linii poziomej lub pionowej, należy je odłożyć i dobierać kolejne sztuki, aż do uzyskania satysfakcjonującego rezultatu. Każdy wybiera także pasującą mu rasę psa, jest to jednak tylko zabieg kosmetyczny, niemający żadnego znaczenia podczas prób pokonania oponentów.

Rozgrywka składa się z czterech kolejek i przebiega w systemie turowym. Rozpoczyna gracz, który… najlepiej udaje owcę (sic!), co już samo w sobie ciężko ocenić bez niezależnego sędziego. Podczas kolejki naszym zadaniem jest zagrać jedną z czterech posiadanych kart Psa. Każda z nich umożliwia wykonanie określoną ilość akcji w danej turze. Niestety, wszystkie wariacje mają ten sam obrazek wewnątrz danej rasy. Akcja polega na zamianie miejscami dwóch kart sąsiadujących ze sobą pionowo bądź poziomo. Naszym celem jest ustawienie w linii trzech lub więcej Owiec o tym samym kolorze. Gdy przestawimy już wystarczającą ilość razy, tura dobiega końca, a zgrupowane zwierzaki lądują na naszym koncie, zwiększając pulę punktów. Godnym pochwalenia zabiegiem jest umiejscowienie w talii czarnych kudłaczów, wartych dla nas oczko więcej. Urozmaica to rozgrywkę w niewielkim stopniu, lekko dodając taktycznego posmaku. Sam przebieg nie oferuje wielkich emocji, momentami stając się łatwy, nudny i schematyczny. Oczywiście, jak już wspominałem, gra jest dedykowana dla dzieci, nawiązując kolorystyką, tematyką i brakiem skomplikowanej mechaniki.

Obrazek

Lepsza niż oscypek?
Do gry udało mi się zasiąść zarówno z dorosłymi, jak i z młodszymi. W starszym gronie „Owce” nie przyjęły się dobrze. Rozgrywka nie jest wymagająca, wystarczy dostosować się do wylosowanej sytuacji na „planszy”. Zwyciężał ten, kto miał po prostu najwięcej szczęścia. Czarne, warte więcej, kudłacze, także nie zdały rezultatu, będąc tylko utrudnieniem przy podliczaniu punktów. W młodszym gronie sporą frajdę początkowo sprawiła rywalizacja w zbieraniu zwierzaków. Powietrze iskrzyło od emocji towarzyszących złapaniu czterech (!) celów na raz, czy pojawieniu się dwóch czarnuszków jednocześnie. Pomimo tego, dzieci nie pałały chęcią kolejnego starcia, powracając do klasycznych rozrywek w elektronicznej formie.

Komu więc przydadzą się „Owce na manowce” na półce? Głównie osobom z dziećmi, które potrzebują czegoś przystępnego, by na piętnaście, dwadzieścia minut zająć czymś swoje pociechy. Tytuł niestety nie nada się na podróż, gdyż rozłożone karty zajmują trochę miejsca. Ciężko też zabawić tym osoby na imprezie, czy meetingu. Słowem: jeśli ktoś lubi mechanikę „match three” to może rozważyć nabycie. Mnie jednak ta pozycja nie kupiła.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja