Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Jak umierają marzenia? Epicko! – recenzja książki „Każde martwe marzenie”

Na wstępie muszę przyznać, że z recenzowaniem kolejnych odsłon cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” mam nie lada kłopot. Dlaczego? Bo z prozą Wegnera jest tak, jakbyśmy chcieli w jednym krótkim tekście zawrzeć całe bogactwo, barwę i znaczenia mitologii, religii i kultury z kilku zakątków świata dokładając do tego różnorodne systemy magiczne i skomplikowane relacje ekonomiczne. Po prostu nie da się tego zrobić w ograniczonej formie jaką jest recenzja – bardziej odpowiednia byłaby monografia. Albo najlepiej kilka.

Nie inaczej jest z „Każdym martwym marzeniem. Opowieści z meekhańskiego pogranicza” powinno się rozpatrywać całościowo, analizować bardzo skomplikowaną strukturę świata (a właściwie światów) pełną niuansów religijnych i kulturowych, miejscami wręcz przytłaczającą tym bogactwem (marzę o tym, by Wegner zdecydował się kiedyś wydać szczegółowy przewodnik po swoim świecie. Lub kilka). W poprzednich tomach cyklu, a przede wszystkim w obu tomach opowiadań, mieliśmy przedsmak tego, jak bardzo rozbudowane jest to uniwersum, jak pod wieloma względami różnorodne. Autor przygotowywał dla nas grunt pod coś większego i wydawało się, że kulminacyjnym punktem jest epicka bitwa wieńcząca „Niebo ze stali”. Bardziej epicko nie może być, prawda? W „Każdym martwym marzeniu” Wegner udowadnia, że może. I będzie.

O fabule bez spoilerów

W „Każdym martwym marzeniu” splatają się wątki Deany d’Kellean, która musi poradzić sobie z powstaniem niewolników i osobistymi problemami (związanymi między innymi z ciążą) oraz Genno Laskolnyka i jego czaardanu, którzy znów zaplątali się w większy konflikt. Na drugim biegunie mamy Czerwone Szóstki i Altsina, którzy próbują dowiedzieć się, dlaczego zima nieubłaganie trzyma w swoich szponach ludzi i aherów i nie zamierza ustąpić. Poznajemy także dalsze losy Key’li w innym świecie, wreszcie część historii obserwujemy z perspektywy cesarza Meekhanu wkraczając tym samym od środka w imperialną politykę i rozgrywki między wywiadami Szczurów i Ogarów. I tak naprawdę nie mogę więcej o fabule napisać, żeby nie zdradzić istotnych dla tej historii szczegółów i nie psuć przyjemności z czytania i odkrywania kolejnych warstw powieści.

Bohaterowie znani i nieznani

Jak wspomniałam wyżej na kartach „Każdego martwego marzenia” ponownie pojawiają się znani nam Altsin, Key’la, Deana czy Kenneth. Na szczególną uwagę zasługuje ten pierwszy, ponieważ odniosłam wrażenie, że jako jedyny z głównych bohaterów wciąż ewoluuje, kolejne odkrycia z przeszłości świata, Wojen Bogów czy Raegwyra mają wpływ na jego zachowanie czy światopogląd nieustannie go zmieniając. Jestem bardzo ciekawa do czego ta ewolucja doprowadzi i jakim człowiekiem (sic!) w ostateczności będzie.

Ale bohaterami są nie tylko ci znani z poprzednich odsłon, ale również nowi, z pozoru prości ludzie. Każdy z nich ma jakieś nadzieje i obawy, własne koszmary, z którymi próbuje sobie jakoś poradzić… Nie są to wyłącznie zapychacze, osoby, które pojawiają się by zapełnić karty i zwiększyć objętość. Nie. Każdy z nich ma swoją historię, każdy z nich działa w określonym celu, nawet jeśli tym celem jest pokazanie czytelnikowi, jakim bezsensem jest walka, jakim chaosem jest bitwa i jakim dramatem nieuchronnie zbliżająca się zagłada całego plemienia…

Wegner pokazuje, że świat nie jest czarno-biały, że każda akcja powoduje reakcję, a w obliczu ogromnych zmian spowodowanych przez nadnaturalne siły każdy wybór dokonany przez człowieka – nie ważne czy zwyczajnego obywatela, niewolnika czy władcę – jest trudny i powoduje skutki niemożliwe do przewidzenia. I że często jest tak, że ludzie są tylko pionkami w grze sił wyższych.

Tym, co niezmiennie uwielbiam w prozie Wegnera, jest nie tylko bogactwo przedstawionego świata, ale również sceny batalistyczne. Pisarz potrafi doskonale przedstawić je zarówno z perspektywy głównodowodzących, jak i szeregowych żołnierzy. Przedsmak tego mieliśmy w „Niebie ze stali”, ale tutaj Wegner rozwinął skrzydła. Bitwa między armią zbuntowanych niewolników i Konowerczykami jest nie tylko napisana z rozmachem, ale również bardzo szczegółowo zaplanowana przez autora. Masy ścierającej się ze sobą konnicy, piechoty, nowinki techniczne i bitewna magia sprawiają, że czytelnik czuje, jakby sam znajdował się w ogniu walk. Jednocześnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Wegner po raz kolejny chce pokazać, że nieważne kto wygra bitwę – i tak przegranymi będą wszyscy.

Marzenie mam… o kolejnym tomie

„Każde martwe marzenie” jest powieścią, która przytłacza swoim rozmachem, poziomem skomplikowania fabuły i kreacją postaci. Długo nie mogłam się pozbierać po lekturze, analizując to, co przeczytałam i powoli wracając do rzeczywistości. Takie cykle po prostu uwielbiam. Ale jednego nie jestem w stanie wybaczyć autorowi – że to jeszcze nie koniec, że na kolejną odsłonę znów trzeba będzie czekać.

Ocena: 5/5

Dyskusja