Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Bitwa o śliwę” ─ recenzja komiksu „Sisters 11: Ona ma to we krwi”

Seria komiksów „Sisters” od 2015 roku zachwyca polskich czytelników nietuzinkowym humorem i bogatą kolorystyką. Opowiada o zabawnej i dość konfliktowej egzystencji dwóch uroczych sióstr, kilkuletniej Marine oraz nastoletniej Wendy. Historie przedstawione przez Christophe’a Cazenove i Williama Maury’ego są niezwykle realistyczne i sympatyczne, zupełnie jakby opowiadali życie prawdziwych postaci. „Ona ma to we krwi!” to już jedenasty tom przygód sióstr, który po raz kolejny zaskakuje świetnymi pomysłami.

Rodzice Wendy w dniu jej narodzin posadzili śliwę. Wyrosła ona na duże i piękne drzewo, o które Marine jest ogromnie zazdrosna, bowiem nie ma własnego. Dla młodszej siostry zdają się nie istnieć pojęcia takie jak „prywatność” i „własność”, co udowadnia nie tylko w tym tomie, ale i pokazywała we wszystkich poprzednich. Sama okładka zdradza jej ciekawską naturę (wszak sięga na niej po pamiętnik Wendy), a tytuł zdaje się nawiązywać właśnie do niej. „Ona ma to we krwi!” skupia się na konfliktach o drzewko, sekretnik i wymigiwaniu się od obowiązków, choć nie brakuje w nim i kadrów, w których siostry kooperują. Dziewczyny, choć zdają się nie znosić, są dla siebie niezastąpionym wsparciem.

Choć na pierwszy rzut oka „Sisters” zdają się być komiksem nastawionym głównie na humor i ukazanie siostrzanych relacji w nieco krzywym zwierciadle, absolutnie tak nie jest. Perypetie sióstr są faktycznie zabawne, ale i prawdziwe, kryją w sobie również wiele cennych lekcji i mądrości: o dzieleniu się, współpracy, a nawet swoistym poświęceniu. Wendy jest niemiłą nastolatką, ale nie pozwoli skrzywdzić siostry, a Marine, choć jest dość głupiutką istotką, to najpoczciwsza i najweselsza dziewczynka, której nie da się nie kochać. Szczególnie urzekające jest jej „słowoprzetwórstwo”, np. „gogoistka” (egoistka). W tle przewijają się również rodzice bohaterek oraz ich przyjaciele, ale to siostry skradają wszystkie światła.

Forma komiksu przypomina wszystkie pozostałe. Każda przygoda sióstr zajmuje zaledwie jedną stronę. Królują tutaj kilku-kadrowe opowieści, sytuacji ukazanych w jednym rysunku jest zaledwie kilka. Ilustracje są bardzo czytelne, szczegółowe i barwne, jestem w nich absolutnie zakochana, a dialogi w pełni zrozumiałe i – po prostu – rozbrajające. Warto także zauważyć, że w górnych rogach stron znajdują się malutkie szkice z dwoma króliczkami, które zdają się nawiązywać do doświadczeń sióstr i pluszaka Marine – Długouszka.

„Sisters 11: Ona ma to we krwi!” to kolejna potężna dawka przebojów Wendy i Marine, która bawi czytelnika humorem, ciekawymi konkluzjami oraz niesamowitą, siostrzaną więzią. Sprzeczki dla dziewczyn zdają się być swoistą rozrywką, bez której dni byłyby smutne i nudne, ale naprawdę poróżnić je nie jest w stanie nic (choć z charakterów są całkiem inne). To pozycja doskonała na ponure wieczory – nie tylko dla młodych czytelników, ale i tych całkiem dorosłych. Polecam z całego serca!

Dziękujemy Wydawnictwu EGMONT za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Dyskusja