Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Klasyczne studium kosmicznego obłąkania ─ recenzja komiksu „Rękawica Nieskończoności”

Motyw rozterek Thanosa w obecnie panującym kinowym uniwersum Marvela ma diametralnie inny wydźwięk. Wszak epickie „pstryknięcie” palcami nie wzięło się znikąd i właśnie polskie wydanie „Rękawicy Nieskończoności” rozłożonej uprzednio na reżyserskim warsztacie przez braci Russo pozwoli wreszcie zrozumieć meandry poczynań Szalonego Tytana. Pora ogarnąć nieogarnięte.

Marcin ‘Lekt’ Wiatrak

„Nieskończoność to glina, która czeka, żebym ją ukształtował” – Thanos z Tytana

Po premierze filmu ‘Avengers: Infinity War’ świat został podzielony na wyznawców aktu miłosierdzia fioletowego despoty za wyjątkowo wysoką stawkę oraz na wyznawców teorii obłąkanego Thanosa-egoisty. Choć koncept wykasowania 50% wszechpopulacji pozostaje oczywiście dobrze znany miłośnikom komiksów, niektórzy dopiero na okoliczność rodzimego wydania będą mieli niebagatelną sposobność obcowania z wojażami Thanosa poszukującego Klejnotów Nieskończoności.

Za scenariusz „Wyprawy Thanosa” (zawartą jako prolog do albumu) i „Rękawicy Nieskończoności” odpowiada sam twórca postaci Jim Starlin z głównymi rysownikami Ronem Lim oraz George Pérezem, rysownik między innymi za monumentalnego i przełomowego „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” od DC (1986). Wstęp do polskiego wydania napisał natomiast znawca komiksowego świata Kamil Śmiałkowski.

„Rękawica” opowiada o odwiecznym pragnieniu Thanosa, tutaj wyłożonego w foremkę wypaczonego poczucia sprawiedliwości. Tytan dąży do równowagi. Osiągnięcia stanu idealnego balansu pomiędzy życiem nienarodzonym, głodnym wrażeń i dobrobytu a skazanym na zagładę z powodu ubóstwa i braku surowców. Wolę „kontrolowanej” zagłady podsycają palące i bolesne wspomnienia Tytana, rodzimego świata Thanosa. W komiksie poszło o nieco bardziej… trywialną rzecz. Istne pozostaje spełnienie niewypowiedzianego życzenia Pani Śmierć, oblubienicy Thanosa. Platoniczna miłość do Śmierci oraz chęć zaimponowania jej swym mrocznym postępowaniem zwolna zawłaszczają umysł Tytana. Z albumu wylewają się wręcz potoki patosu, obejmując czule nadrzędną motywację wraz z soczystymi deliberacjami głównego (anty)bohatera.

Drugim aktorem spektaklu będzie komplet sześciu malutkich klejnotów wszechwszystkiego. Ich prawdziwą potęgę usiłował zrozumieć Thanos, aby zrealizować dalekosiężny, acz makabryczny plan. Panowanie nad Przestrzenią, Umysłem, Rzeczywistością, Mocą, Czasem i Duszą pochłonęłoby wszelakie znane życie w odmęcie pustki i rozpaczy. Z Rękawicą i osadzonymi weń Klejnotami sprawy mają się podobnie jak Jedyny Pierścień wykuty przez Saurona. Ich używanie zawsze prędzej czy później wypaczy sprawcę pozornie dobrych czynów.

Oś fabuły „Rękawicy Nieskończoności” po drugiej stronie barykady kręci się wokół Adama Warlocka, pominiętego w najnowszym disneyowskim MCU (kinowym) uniwersum. Ostatecznego odbiorcy wykonanego dzieła żmudnego procesu zdobywania kamieni. Dodatkowo autorzy ukazują bezradność trykociarzy przygotowujących swe moce do walnej bitwy. Menażeria herosów eventu podczas kosmicznej batalii na krawędzi światów poraża bogactwem wyboru. Walki z Tytanem przyrównanej do próby „utopienia oceanu”, zwyczajnie nie sposób wygrać. Nawet Lord Chaosu i Mistrz Ładu zostają pokonani i upokorzeni, ustępując wszechpotędze Wieczności, który toczy z Thanosem pojedynek o panowanie nad Tkaniną Istnienia. Wobec takiej walki kinowy rzut Stormbreakerem jawi się niczym upadająca na podłogę wykałaczka, rzucona niedbale po skończonym posiłku.

„Rękawica Nieskończoności” stanowi kluczowy filar dla fundamentu MCU od Disneya na ścieżce zrozumienia znaczenia „klejnotów” wraz z pobudkami Szalonego Tytana. Istny Święty Graal Domu Pomysłów. Narracyjnie korzenie opowieści zdają się sięgać głęboko w srebrną erę, gdy struktura fabularna wciąż potrafi przygnieść złożonością i multiwątkowością. Jim Starlin włożył w pracę nad „Rękawicę” całe wewnętrzne uwielbienie dla snucia sieci intryg i łączenia całości we współgrającą strukturę. Niczym kosmiczny dyrygent zawiadujący pod batutą tysiącami muzyków. Choć historia do spółki z rysunkami wydana pierwotnie w drugiej połowie 1991 roku jest patrząc przez pryzmat dzisiejszych standardów dość siermiężna, aby nie powiedzieć kampowa, o dziwo zgrabnie wpasowuje się we współczesną kosmiczną krainę Marvel Graphic Novel. Podkreślmy wyraźnie, iż scenariusz pióra Jima Starlina metodą kalki pozostaje nieprzewkładalny na język XXI-wiecznego kina superbohaterskiego w rozumieniu „bawienia” widza od czasów pierwszego filmu o Iron Manie. Sparafrazowanie komiksu czyni film bardziej strawialnym, zaś samo pochłonięcie go wymaga odrobiny samozaparcia.

Scenarzysta wprawnie ukazał drogę Thanosa ku zdobyciu potęgi, obawy przed jej utratą, aby finalnie przeprowadzić czytelnika przez całe studium szaleństwa upadłego Tytana. Ogromnie liczę w nadchodzącym wielkimi krokami czwartym i zamykającym pewną epokę filmie ‘Avengers: Endgame’ na dokończenie motywu złamanego Thanosa. Podobnie jak cudownie byłoby ujrzeć Hugh Jackmana trzymającego w szponach z adamantium cygaro i dyskutującego z Hulkiem. Takie właśnie smaczki znajdziecie na ilustracjach „Rękawicy Nieskończoności” z 1991 roku! Szalony czy oświecony, jednego Thanosowi odmówić nie można. W całym swym jednopunktowym ukierunkowaniu, poświęceniu i podporządkowaniu własnej egzystencji do rzekomo wyższych celów, „miłosierny” fioletowoskóry tyran pozostaje niesamowicie inteligentnym kosmicznym skurczybykiem. Poziom knowań wobec Pani Śmierci i spryt jakim wykazał się we wcieleniu Starlina pchnęły go ostatecznie w objęcia choroby umysłowej, którą zwyczajnie widać w jego pustym spojrzeniu. Thanos z komiksu pozostaje jakby bardziej nieświadomy pochłaniającego go wiru obłędu, lecz z epilogu wnioski wyciągnijcie sami.

„Rękawica Nieskończoności” mimo upływu niemal trzydziestu lat zestarzała się godnie, obrosła należytą legendą pośród fanów Marvala, zajmując wysokie miejsca w wielu komiksowych rankingach. Podróż przez blisko 360 stron wyładowanych klasycznymi już rysunkami, powoduje doświadczenie obcowania z czymś przełomowym w kontekście Marvel Cinematic Universe. Wysokiej jakości wydanie w twardej i mocnej oprawie dobitnie świadczy, iż Wydawnictwo Egmont potrafi zadbać o swoich czytelników.

„Wojna nigdy się nie kończy dla tych, co walczyli” – Curzio Malaparte (włoski pisarz, dyplomata, dziennikarz)

Na koniec pewne nerdowe przemyślenie. Gdybyśmy faktycznie żyli na Ziemi wraz z Hulkiem i Spider-Manem dręczyłoby mnie tylko jedno pytanie… dlaczego do galaktycznego czarta Thor nie mógł odrąbać Thanosowi ramienia, zamiast celować w czarne serce?

Ciąg dalszy nastąpi w zapowiedzianej „Wojnie Nieskończoności”.

Dziękujemy Wydawnictwu Egmont Polska za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Dyskusja