Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wubba lubba dub dub, czyli wyciskanie esencji z abstrakcji ─ „Rick and Morty. Tom drugi” ─ recenzja komiksu

Ucieczka przed międzywymiarowym tyranem i despotą utaplana w kleistym sosie absurdu i soczyście odrealnionego humoru. Zwykły, szary dzień genialnego alkoholika wynalazcy oraz jego przygłupawego wnuka. Drugi tom serii „Rick and Morty” wyraźnie podnosi poprzeczkę i polewa miodem skołatane serca miłośników serialu. Dawać już nowe odcinki portalowe gnidy! Absurd rządzi!

Marcin ‘Lekt’ Wiatrak

„Złe rzeczy po prostu się dzieją… To niczyja wina, że życie mi dosrywa! Jestem Morty Smith i… i wszechświat po prostu mnie nienawidzi” ─ rzekł Morty Smith

Względem pierwszego tomu warto na początku odnotować poprawę, niemrawą zapowiedź tendencji zwyżkowej. Autorzy zwolna wczuwają się w specyfikę produktu drukowanego i szanując odbiorcę, sami dogłębniej zaczynają rozumieć medium statycznego Ricka i Morty’ego. Przedstawionym historiom rozpisanym na zeszyt #6-10 zwyczajnie bliżej do serialowego odpowiednika Dana Harmona i Justina Roilanda.

Dziwny zielony, glutowaty kosmita wywołuje przerażanie u Ricka, a nie lada toż sztuka wzbudzić paniczny strach u takiego zgorzkniałego cynika. Forma masowego wymierania Ricków w Multiwersum właśnie została zapoczątkowana, a klasyczne łamanie czwartej ściany i jedyny słuszny Pan Sanchez ze Wszechświata C-132 wyrusza na kolejną iście „porąbaną” niczym kanadyjski las przygodę. Since fiction wrzucone do pralki z detektywem Rickiem (cóż za przypadek!) Deckardem oraz krwią zamiast proszku, suszone później na rogówkach spragnionych czwartego sezonu fanach! Lubimy na ostro! Zły Morty, dyktator o zdeformowanej twarzy i psychice wyglądający niczym dziecięca, psychodeliczna wersja Lorda Vadera bez hełmu do spółki ze znanymi i lubianymi (umówmy się poza Jerry’m) postaciami rzuca docinkami odnoszącymi się głównie do programów i gwiazd amerykańskiej telewizji kablowej. Polski czytelnik nieobznajomiony z tematem dobitnie zgubi wątek.

Równie zabawnie (sic!) wypadła konwencja pomysłu na „Łechtaczy kul” (sprytne przełożenie serialowej dynamiki na w komiksowe „rynny”) oraz opowieść o świątecznych kanibalach i Blambusie, stanowiącą rickowe przekraczanie dawno zatartych granic absurdu. W ogóle pomysł na międzywymiarową telewizję, gdzie Alf zjada w końcu kota… zdecydowanie lubię być tak rozpieszczany przez autorów! Warto odnotować, iż względem tomu pierwszego poszerzeniu uległo grono rysowników, co wyraźnie widać we wspomnianej historyjce o świętach, której ilustracje wyraźnie odstają od pierwowzoru. Tom wieńczą perypetie Jerry’ego i Ricka, wyglądającego jak… upośledzony Amisz z karykatury Bena Stillera w „Jajach w tropikach” (org. ‘Tropic Thunder’) (obraziłem kogoś? Przeżyję…). Ot rozkoszne nawiązanie do serialowych smaczków.

Rysunki wraz z wypełniającymi elementami kadrów nie krzyczą już ze stron komiksu, wszystko zdaje się tutaj być nader wyważone. Klasycznie już chora akcja zalicza nawet twist fabularny, stanowiąc kolejny plus w ocenie drugiego tomu papierowego wcielenia „Rick and Morty”. Jedyne czego wciąż nie pojmuję, zważając, iż mamy w rękach komiks dla dorosłych, będzie pokraczne, „krzaczkowe” przeklinanie. Oczywiście z rozmysłem, acz słowiańska mowa podwórkowa i angielskie ultrawulgarne słowo na „f” pada w serialu nagminnie, namiętnie i niezwykle lubimy słuchać tych bezeceństw!

W ostatecznym rozrachunku nowy „Rick and Morty” wypada naprawdę zacnie. Najważniejsze będzie utrzymanie poziomu animowanego humoru. Obcując z pierwszym tomem narzekałem na trudność w przeniesieniu „ruchomego” Ricka na statyczny format komiksu. Umówmy się, iż pewne rzeczy po prostu pozostaną nieprzekładalne. Jednakże eksperymentowanie z konwencją przyjemnie zaskakuje i oby zaczęło godnie dopełniać kreskówkowy materiał bazowy.

Dziękujemy Wydawnictwu Egmont Polska za przekazanie egzemplarza do recenzji.
Ricka i Morty’ego znajdziecie na http://www.egmont.pl

Dyskusja