Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gra słów – recenzja gry „Gra pozorów”

Gra karciana, opracowana na podstawie „exploitów” naszej psychologii? Czy to ma prawo się udać? Cóż, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż nasz mózg zaczyna mieć problemy, gdy pojawiają się sprzeczne informacje, efekt może zaskoczyć. Już niewielka dysproporcja w postaci nazwy koloru i barwy, którą została napisana, wywołuje chaos i zaskoczenie. Dodajcie do tego tak zwanego efektu Stroopa działanie bez podziału na tury, w mechanice „kto pierwszy ten lepszy”, a imprezowa zabawa zaczyna się kształtować.

Opakowanie
„Gra pozorów” autorstwa Jonathana Chaffera trafiła na nasz rynek za sprawą wydawnictwa Nasza Księgarnia. Całość jest zapakowana w minimalistyczne, eleganckie pudełko, którego front zdobi sztandarowa dla tej produkcji grafika, przedstawiająca niebieską truskawkę. Na spodzie możemy znaleźć informacje na temat mechaniki, czasu rozgrywki oraz ogólne przedstawienie idei.

Obrazek

Wewnątrz opakowania znajdują się dwa zestawy kart pozwalające na rozegranie partii w wersjach łatwiejszej i bardziej złożonej. Do pozostałych elementów zestawu należy instrukcja, bardzo dobrze zredagowana i wszystko dogłębnie wyjaśniająca, oraz papierek służący do zapisania nazwiska właściciela produkcji. Kwadratowe karty, wykonane z typowego papieru kredowego, mają na sobie obrazek truskawki oraz opis warunkujący słowo znajdujące się na następnie zagrywanym elemencie. Wyraz jest nadrukowany w dwóch miejscach, obrócony w taki sposób, że da się go odczytać niezależnie od miejsca, jakie zajmujemy przy stole. Całość przybrana w prosty i modny minimalizm ma swój klimat i może się podobać.

Chaos! Bracie, CHAOS!
Przygotowanie do gry ogranicza się do potasowania talii i rozdania każdemu z uczestników piętnastu kart. Następnie jedna z pozostałych ląduje na środku stołu i na hasło „START!” rozpoczyna się szaleństwo. Wszyscy grają jednocześnie! Nasze zadanie polega na wrzuceniu na górę kupki arkusza z wyrazem, który jest opisywany przez ten poprzednio umieszczony. Refleks bramkarski nie wystarczy do pozbycia się wszystkich kart z łapki. Kwintesencją rozgrywki nazwałbym umiejętne zignorowanie rozpraszających kolorów i kształtów, a zamiast niej – wyszukanie odpowiednich kart na naszej ręce. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund, pośród okrzyków, lekkich przepychanek i buzujących emocji. Zwycięzca? Osoba, która albo jako pierwsza wyrzuci wszystko z ręki, albo posiadająca najmniejszą pulę po zatrzymaniu akcji. Zaraz, „jakim zatrzymaniu akcji?”, zapytacie. Otóż jeśli nie posiadamy w naszych zasobach niczego, co pasuje do sytuacji na stole, możemy zakrzyknąć „STOP”. Wtedy sprawdzeniu podlega rzetelność gracza. Jeżeli kłamał – odpada. W przeciwnym wypadku, by wyłonić zwycięzcę, podliczeniu podlegają nasze pule.

Obrazek

Godnym pochwalenia zabiegiem jest umieszczenie dwóch typów kart do różnych wariantów trudnościowych. Podstawowy zestaw próbuje nas zmylić poprzez kontrast kolorów („zielone” napisane kolorem pomarańczowym), grubość (CHUDE) i kapitalizację (MAŁE) oraz, co najskuteczniejsze, liczbę liter w słowie. Trudniejsza wersja dodaje prawdziwy hardcore – lustrzane odbicia. Nie dość, że zmagamy się z natłokiem przeciwstawnych informacji, to jeszcze musimy odczytywać zwariowane wyrazy. Jeśli dodanie kolejnych, cięższych kart wciąż nie spełnia oczekiwań wymagających „karciarzy” to zamiast dopasowywać elementy do kartonika leżącego na czubku stosu, należy zagrywać takie, które go opisują. Poziom skomplikowania może być swobodnie dostosowywany do umiejętności i ochoty graczy, co niewątpliwie jest zaletą.

Obrazek

Play, win, reload!
Informacja na pudełku głosi, że średni czas gry wynosi 20 minut. Nie wyobrażam sobie tak długiej partii. Zazwyczaj jest to kwestia kilku minut i to w przypadku dłuższej wersji rozgrywki. Tak krótkie i dynamiczne sesje są jedną z zalet tej produkcji. Adrenalina ze zwycięstwa zachęca do kolejnego rozdania, a porażka daje motywację do ponownej próby zdobycia korony. W taki sposób można rozegrać dobrych kilka partii. Oczywiście po jakimś czasie mechanika zacznie nużyć, ale do dawania uciechy, gdy nie posiadamy wiele czasu, nadaje się perfekcyjnie. Świetne rozwiązanie na podróż czy imprezę. Co więcej, „Gra pozorów” przewiduje także sytuacje, gdy nie ma przy nas drugiej osoby, by z nią się bawić, i daje możliwość zabawy solo. Wtedy dostajemy coś w rodzaju wyzwania, bicia własnych rekordów. Rozgrywka w tym przypadku wygląda trochę inaczej, bowiem karty wykładamy w dwóch rzędach. Pierwszy jest zapełniany poprzez dopasowywanie kart do leżących na stole, a drugi vice versa. Nasza punktacja wynosi tyle, ile liczy sobie krótszy rząd. Szkoda tylko, że opis tego wariantu nie został zawarty w instrukcji, a jedynie na stronie internetowej wydawnictwa.

Obrazek

„Gra pozorów” to pozycja niezwykle przyjemna. Szybkie partie dostarczają sporo emocji i uciechy. Nie powinniśmy mieć też problemów by znaleźć czas dla tej produkcji. Niski próg wejścia, intuicyjność zasad czy regrywalność czynią z niej uniwersalne rozwiązanie, niezależnie z kim przyjdzie nam grać. Rozmiar ekipy także nie ma znaczenia, ponieważ karcianka skaluje się bardzo dobrze. Kompaktowe wymiary opakowania dopełniają dzieła umożliwiając zabranie ze sobą w podróż bez najmniejszych problemów. Ponadto wcięcie na pudełku mnie kupiło, serio.

Ocena: 5/5

Za grę dziękujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia.

Dyskusja