Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Uczta obfitsza niż angielski breakfast – recenzja książki „Śniadanie mistrzów”

Oto książka, która mogła potrząsnąć ludzką (w szczególności amerykańską) mentalnością i zwrócić uwagę na absurdy w życiu społecznym, ale tego nie zrobiła. Niestety. „Śniadanie mistrzów” opowiada bowiem o egoizmie, utracie tożsamości, permanentnym programowaniu człowieka, o zatraceniu indywidualizmu, o marginalizacji człowieka, o… wiele by wymieniać i mam świadomość, że choć będę wracać do lektury wielokrotnie, to i tak nigdy nie uda mi się odkryć jej wszystkich sensów. Ale nie bójcie się, autor sam zapewne wplótł tam niemało nawet o tym nie wiedząc.

Historia w zasadzie skupia się na dwóch postaciach, niedocenionym, zubożałym pisarzu SF, Kilgore,u Troucie oraz Dwayne’a Hoovera, bogatego sprzedawcę samochodów. Oboje są znużeni rzeczywistością – tym, że muszą codziennie powtarzać te same czynności. Ale jeden cierpi przede wszystkim dlatego, że nie został doceniony, drugi natomiast popadł w obłęd, którego spotkanie z autorem science fiction tylko pogłębiło. Spotkali się w miejscu dość oczywistym dla tego typu kontaktów, ponieważ na festiwalu sztuki i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ta dwójka znalazła się tam praktycznie przypadkiem. Trout dostał przez przypadek zaproszenie i uznał to za żart, więc sam postanowił zjawić się tam, aby ten dowcip pogłębić (m.in. swym wystąpieniem). Drugi z kolei, Hoover, znalazł się tam, ponieważ namówiła go do tego kochanka – w trosce o jego zdrowie psychiczne, a wydawało jej się, że obcowanie ze sztuką może mu w tym pomóc. Przeliczyła się.

Otóż Hoover otrzymał od Trouta niewydany maszynopis, którego przeczytał w chwilę, i zawarte tam koncepcje i wartości wraz z rodzącym się w jego umyśle szaleństwem sprawiła, że człowiek ten uwierzył, że wokół niego kręcą się same roboty, a on jest jednym z ostatnich ludzi na świecie.

Dość ciekawa realizacja jednej z ludzkich obaw. W rozmowach z wieloma osobami doszedłem do tego, że na pewnym etapie rozwoju nękały nas osobliwe, niezwykle zbliżone lęki, które nie wynikały ani z seansów i lektur grozy, ani z czytania dzieł oscylujących wokół takiej tematyki (w tym wieku nie sięga się raczej po Kurta) – musiało to być coś pierwotnego, zakorzenionego w nas poprzez enkulturację, a podczas kolejnej lektury „Śniadania Mistrzów” zwróciłem uwagę na to, że właściwie to nie tylko poruszenie tego tematu przez Vonneguta, lecz również metaliterackie podejście do niego od strony struktury i źródła. Mowa oczywiście o strachu przed samotnością totalną (okazana m.in. w „Jestem legendą”), nabierającą u Kurta kształtu obawy przed tym, że wokół nas nie żyją ludzie (istotny nam pokrewne), lecz podszywające pod nie obce stwory (tu akurat pseudoroboty), które reagują na nasze zachowanie, mają na celu doprowadzić do pewnych zdarzeń i sprawdzić, co człowiek – obdarzony wolną wolą – będzie robić. Vonnegut idzie o krok dalej – stawia bohatera w konfrontacji z Bogiem, a raczej z tym, że Ten umyślił sobie testować go w różnych warunkach i okolicznościach.

No i tu są schody. Kurt wchodzi odrobinę w kwestie metafizyczne, religijne. Świat opierający się na tym, aby testować ludzi, człowieka to właściwie laboratorium Boga – u autora nie trudno doszukiwać się innych filozoficznych wątków, ale ten akuratnie przykuł moją uwagę najbardziej. Wyobraźcie sobie, że jesteście człowiekiem z wolną wolą, ze spuścizną Adama i Ewy, wolnością i świadomością, ale jednak musicie żyć (nieświadomie) w uniwersum, gdzie wszystko to rekwizyty i automaty, które mają na celu testowanie Was w najbardziej osobliwych, niepokojących, ale i codziennych sytuacjach. Możecie zginąć, zostaniecie przywróceni do życia, nie będziecie tego wprawdzie pamiętać (boskie pranie mózgu), lecz będziecie dalej trwać – to się liczy. A teraz ta sama okoliczność, status rzeczywistości, tyle że konfrontujecie się z faktem, że jesteście marionetką w rękach Boga (choć bliżej tu chyba do królika doświadczalnego). I taką koncepcję realizuje Vonnegut. Pełna absurdu? Surrealistyczna? I tu pójdziemy do Sokratesa i zwątpimy w nasze osądy, bo czy właśnie to nie jest prawda, a nasze wyobrażenie świata nie jest absurdem, w którego tak strasznie wierzymy, że zatarła się w nas świadomość istnienia w Raju? Raju – Laboratorium, bo może naprawdę nigdy z niego nie wyszliśmy, lecz dostaliśmy nowe szaty i różowe okulary… No robi się coraz ciężej, ale takie mogą być lektury Vonneguta, wymagające refleksji. Na szczęście są też przyjemne.

Nie można natomiast zapomnieć o tym, że książka krytykuje społeczeństwo amerykańskie i jego zbiór styli życia. To znaczy w czasie wydania powieść głównie dotykała USA, teraz sięga znacznie dalej, nawet do nas. Widzimy szkodliwy wpływ niektórych działań ludzkich, prawda? Ciągle przewijają się w mediach nurty ekologiczne, ostrzeżenia, wołanie o wstrzemięźliwość w konsumpcji usług i produktów, które niekorzystnie wpływają na kondycję Ziemi (zarówno ze względu na samą eksploatację, jak i produkcję). O tym też traktuje książka Vonneguta, o tym i o wielu innych rzeczach, mnie natomiast najbardziej zainteresowały dwie powyższe myśli. Nie to, abym był przeciwnikiem ekologii, te wątki są mi bliskie, lecz powieść będzie wychwalana za nie na tysiącu innych stron – ja zaś chcę zwrócić uwagę na to, jak Vonnegut (na sposób iście freudowski) traktuje kulturę, społeczeństwo i człowieka, a także sieć poglądów, jakie wokół niego się rozpinają. I w których utkwił.

W prozie Vonneguta pobrzmiewa echo silnych doświadczeń i niezwykła wrażliwość względem podejmowanych tematów. Kurt był bacznym obserwatorem otoczenia, a bogate eksperiencje pozwoliły pisarzowi przeanalizować – na specyficzny sposób – rzeczywistość i swe wnioski przekuć w literaturę, która daje do myślenia i pozwala spojrzeć na świat nieco inaczej. Przy tekście pisarza można się bawić, smucić, denerwować, współczuć, irytować… taka gama emocji nie zdarza się przypadkiem, ponieważ autor świadomie grał na nich w swej twórczości – zabawa z czytelnikiem to cecha charakterystyczna dla Vonneguta, postmodernisty w każdym tego słowa znaczeniu.
„Śniadanie mistrzów” powinno być więc czytane często, świadomie i… dotkliwie. To zabawna, dobrze napisana, sprawna językowo i ciekawa fabularnie książka, z nietuzinkowymi bohaterami, ale przede wszystkim choć jest słodka, gdy rozgryzie się owoc treści, w środku czeka gorzka pestka, która tak naprawdę jest najbliższa człowiekowi. I zostaje z nim na długo.

Ocena: 5/5

Dyskusja