Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kryminalne zagadki Mamusiek – recenzja wydania DVD „Zwykła przysługa”

Kto powiedział, że egzystencja kobiety, po urodzeniu dziecka, będzie nudna, a każdy dzień to rutyna? Wszak życie niesie ze sobą różne scenariusze, grunt to znaleźć sobie ciekawe hobby. Dla jednych będzie to czytanie książek, dla innych picie martini. A dla vlogerki, Stephanie, życie przygotowało coś jeszcze…

Dwa światy

Film w reżyserii Paula Feiga, „Zwykła przysługa” śledzi losy wspomnianej Stephanie – samotnej matki, prowadzącej vloga dla innych rodziców. W swoich filmikach daje rady, uczy ciekawych przepisów czy prezentuje pomysły na zabawy manualne. Do pewnego momentu. Jednego dnia główna bohaterka poznaje Emily – ekspertkę do spraw PR’u, pracującą u jednego z najsłynniejszych projektantów. Stanowi ona całkowite przeciwieństwo nieco zbyt entuzjastycznej, niewinnej, kolorowej Stephanie – jawi się bowiem jako zawsze doskonale ubrana, bogata kobieta sukcesu z klasą i wpływami.

Obie mamy zaprzyjaźniają się, jednak szybko się okazuje, iż Emily niejako wykorzystuje dobroć głównej bohaterki, często prosząc ją o zaopiekowanie się jej synem. Nie inaczej stało się pewnego dnia, z tą różnicą, że kobieta nie pojawiła się przez kilka kolejnych dni, by odebrać dziecko. Gdy mąż Emily wraca do kraju, Stephanie sugeruje, żeby zawiadomić policję. Sama zresztą angażuje się w poszukiwania przyjaciółki, prosząc widzów o pomoc za pośrednictwem swojego vloga. Szybko przekona się, że nie powinna tego robić.

Co tu się…?

Film reklamuje się jako komedię i trzymający w napięciu thriller. I w jednym i w drugim przypadku jest to spore nadużycie. Elementów komediowych jest tu jak na lekarstwo, można je policzyć na palcach jednej dłoni. Z kolei thrillera nie ma wcale, więc jeśli ktoś spodziewa się siedzenia jak na szpilkach podczas seansu oraz uczucia niepokoju – srodze się zawiedzie. Fabuła jest prosta i bardzo przewidywalna, już po trzydziestu minutach filmu każdy, posiadający choć odrobinę bystrości, widz, domyśli się ponad połowy rozwiązania tajemniczego zaginięcia Emily, co tylko sprawia, że obraz mocno traci na klimacie oraz pozbywa się swojego elementu zaskoczenia, a plot twist wcale nie wbija w fotel.

Kolejną bolączką tego tytułu jest fatalne operowanie czasem. Wydarzenia dzieją się w tak ekspresowym tempie, że widz ma wrażenie, iż wszystko rozwiązało się w ciągu zaledwie 2-3 dni. A jak na sytuacje prezentowane w filmie, taka oś czasu jest zdecydowanie mało prawdopodobna.

Całej intrydze z kolei brakuje polotu i jakiejkolwiek głębszej logiki – momentami wybory bohaterów są po prostu absurdalne, a liczba wypowiadanych kłamstw, mających budować aurę niepokoju, sprawia, że twórcy jakby sami zaczęli się gubić w tym, co właściwie chcieli tymi dialogami osiągnąć. Podobnie jest w przypadku przedstawienia przeszłości głównej bohaterki – bo o ile dawne życie Emily jest istotne dla fabuły, o tyle retrospekcje i wprowadzanie odbiorców w życie Stephanie sprzed całej akcji, jest zwyczajnie niepotrzebne. Smutne opowiadania o dziejach postaci mogą sugerować, że te wydarzenia stanowią podwaliny do obecnego zachowania postaci, jednak w ogólnym rozrachunku okazują nie być nic niewnoszącymi historiami. Niestety.

Wyrazistość

Niemniej nie można odmówić ani Blake Lively, ani Annie Kendrick dobrego aktorstwa. Obie panie prezentują się świetnie na ekranie, są wyraziste i doskonale oddają charaktery swoich bohaterek. Lively jest jakby stworzona do odgrywania wyzwolonych, pewnych siebie kobiet, z kolei Kendrick idealnie wpasowuje się w rolę kolorowej, rozentuzjazmowanej mamy. Patrząc na nią nie sposób nie polubić Stephanie w trakcie seansu. Mimo że fabuła nie powala, obie aktorki są w stanie zyskać sympatię widza i prawdopodobnie to właśnie one są czynnikiem trzymającym odbiorcę przed ekranem – to właściwie dla przesympatycznej Kendrick i silnej Lively ogląda się „Zwyczajną przysługę”.

Oglądać czy nie?

Dla kogo zatem przeznaczony jest ten film? Paradoksalnie – dla każdego. Uniwersalność motywu i prostota w przekazie treści sprawia, że nie trzeba się w trakcie seansu zbytnio wysilać. Zatem na nudny, weekendowy wieczór, taki tytuł, jak „Zwyczajna przysługa”, będzie idealny. Ot, żeby coś sobie obejrzeć i nie skupiać się na tym za bardzo, trochę bezmyślnie wpatrując się w telewizor. Film sprawdzi się także jako tło do prac domowych – odkurzania, prasowania, zmywania. I nie jest to złośliwość z mojej strony, a dobra rada – polecam każdemu, kto po prostu nie lubi, gdy w domu jest cicho.

Ocena: 2.8/5

Dyskusja