Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Prawie jak Wells – recenzja książki „Masakra ludzkości”

„Wojna Światów” Herberta G. Wellsa pozostaje dziełem nieco przykurzonym, ale wciąż czytanym z pasją i uznaniem, a przede wszystkim szacunkiem pierwszeństwa pomysłów oraz budującej się podczas lektury aury niepokoju, wyobcowania i nadchodzącego końca. Niestety, napisana przez Stephena Baxtera kontynuacja nie daje sobą takich samych wrażeń, czytelnik nie doświadcza wybicia z racjonalnego myślenia na rzecz emocji.

Co nie zmienia wcale tego, że książkę Baxtera czytać warto, choć raczej dla rozrywkowych wrażeń niż szukania przesłanek i komentarzy a propos działań wojennych. Po prostu, Baxter nie przeżył panicznego lęku przed II Wojną Światową, nie obawiał się, że z nieba nadlecą bombowce z nazistowską swastyką, że z głębi wypłyną stalowe potwory (a to bardziej H.P. Lovecraft). Jego strach nie był traumatyczny. Wprawdzie Wells wydał „Wojny Światów” zanim nastąpiły obie światowe wojny, lecz żył w czasach globalnego lęku, i ten właśnie lęk wtłoczył w powieść, która stała się prorocza, bo właśnie taki „obcy”, „nieznany” hegemon wreszcie uderzył, tyle że daleko.

Baxter zastanawia się w swej powieści nad tym, co by było, gdyby ta I Wojna Marsjańska, ten krwawy najazd, okazał się tylko zwiadem, zbadaniem gruntu i badaniem, do czego zdolni są ludzie. Ziemia co prawda obroniła się, udało się stworzyć broń zdolną powstrzymać wroga z kosmosu, lecz teraz nadlatuje prawdziwa armia – z wiedzą o zachowaniu, możliwościach, zdolnościach czy zasobach – i tym razem, będzie tylko gorzej. Człowiek nie wie bowiem tak naprawdę nic o tym, czym dysponuje przeciwnik.

Wychodzi mu to całkiem ciekawie, z tym, że wcale nie są to treści skłaniające do głębokich przemyśleń, nie zachęca się tu do analizy społecznych działań na świecie, do rodzajów konfliktów, do patrzenia na niektóre znaki ze świata jako ostrzeżenia czy wręcz przeciwnie obalania mylnych odczytań. Baxter albo nie chce zagłębiać się i dawać okazję do tego, woląc skupiać się na tym, aby uwaga czytelnika koncentrowała się na walorach rozrywkowych: napięciu, rozwoju fabuły, samej aktywności ludzi i ich emocji (a raczej emocji, które chce obudzić w odbiorcy); albo po prostu celowo unika tego typu zabiegów, mrugając jedynie, co jakiś czas, żeby miłośnicy interpretowania mieli także jakieś zajęcia. W to, że nie ma takich aspiracji nie uwierzę, choć w książce ich nie widać. Ale czy człowiek, który jest współautorem „Światła minionych dni” nie miałby na tyle ambicji, żeby wszywać w prozę trudne tematy?

Język używany w powieści nie powinien być dla nikogo przeszkodą, zwłaszcza, że tzw. żargon technonaukowy stosowany w „Masakrze ludzkości” tak naprawdę przeniknął już do ogólnego dyskursu. Sama narracja także nie sprawia, żeby czytelnik przesadnie się nużył i miał ochotę odłożyć książkę w celu chwilowego odpoczynku – akcja dzieje się w miarę szybko, są tu wydarzenia bardzo dynamiczne i wręcz efektowne, więc przez treść przedziera się całkiem płynnie.

„Masakra ludzkości” Stephena Baxtera nie jest przykurzona, nie trąci myszką ani nie jest trudna lingwistycznie. Z tym, że nie jest też tak dobra jak „Wojna Światów” Wellsa, nie podbudza do refleksji na takim samym poziomie, koncentruje się bardziej na emocjach niż kwestiach intelektualnych – a w trakcie lektury powieści Wellsa umysł i uczucia ściśle ze sobą korespondowały. Jednak czy warto zarzucać Baxterowi to, że nie dorównał mistrzowi, pozostając niejako w jego cieniu jako autor po prostu dobrej kontynuacji?

Ocena: 3.75/5

Dyskusja