Recenzja gry planszowej „Blackout Hongkong”

Ciemno już, zgasły wszystkie światła…

W Hongkongu zgasły wszystkie światła, całe miasto pogrążyło się w ciemności. Czas zebrać ochotników i podjąć wyzwanie przywrócenia równowagi i spokoju. Podejmiesz się tego wyzwania?

 

Krótko po północy, tego pamiętnego jesiennego dnia w 2020 roku, w Hongkongu zgasły wszystkie światła.

 

Hongkong ogarnął chaos

Autorem „Blackout Hongkong” jest Alexander Pfister, twórca takich planszówek jak „Great Western Trail” czy „Mombasa”. Można w nią grać w pojedynkę lub w grupie do czterech osób. Według informacji zamieszczonej na pudełku rozgrywka powinna zająć od 75 do 150 minut. Tytuł zadebiutował podczas targów w Essen w ubiegłym roku. Jego premierowa wersja zostawiała wiele do życzenia pod względem graficznym. Gracze narzekali na nieczytelne karty oraz planszę. Przekonajmy się, czy poprawiona wersja, która dzięki wydawnictwu Lacerta pojawiła się na polskim rynku, naprawia popełnione wcześniej błędy.

Czarna skrzynka Hongkongu

„Blackout Honghong” kryje się w ciemnym, dużym, okrytym lekką tajemnicą pudełku. Przyznaję, że wygląda zachęcająco i z pewnością przykułoby moją uwagę na półce w sklepie. Zajrzyjmy teraz do jego środka. Do dyspozycji mamy planszę z mapą miasta z oznaczonymi dzielnicami, torem punktacji oraz rondlem, na którym będziemy przechowywać zdobyte zasoby. W porównaniu do pierwszej wersji gry, całość jest znacznie ładniejsza i, co najważniejsze, czytelna. Punkty kontrolne zostały znacznie podkreślone, widzimy dokładnie, gdzie jest ląd a gdzie woda oraz granice dzielnic są doskonale widoczne.

Oprócz tego otrzymujemy dobrze zaprojektowane plansze graczy. Na nich znajdą się zakupione karty oraz zadania do wykonania, niezbędne do budowania swojego silnika. Można powiedzieć, że są równocześnie ściągawkami dla uczestników gry, ponieważ widnieją na nich zasady wymiany poszczególnych zasobów oraz wszystkie fazy do rozegrania podczas jednej tury. Całość jest czytelna i zrozumiała, dzięki temu wiemy jaką akcję mamy wykonać w danym momencie.

Jeśli chodzi o karty, to pozwolę sobie ponownie porównać je z tymi, jakie znajdowały się w pierwszej, essenowej wersji gry. Projekt graficzny jest zdecydowanie lepszy, od tego co Eggert Spiele proponowało na samym początku. Mniej zbędnych ramek, więcej istotnych szczegółów. Nie mamy wątpliwości, jaki kolor zagrywamy oraz jakie otrzymamy korzyści po jego użyciu. Dodatkowo w pudełku znajdziemy wiele mniejszych elementów w tym: żetony transportu, GPS-u, zwiadu, blokad oraz znaczniki graczy w jasnych, jaskrawych kolorach. Nie zabrakło również trzech kości, dzięki którym na początku rozgrywki wyznaczymy zasoby dostępne w danej rundzie.

Nastała ciemność. Co robimy?

Gra charakteryzuje się dość szczegółową i pokrętną mechaniką. Jest to planszówka łącząca w sobie zasady deck-buildingu, engine-buildingu oraz area control. Więc oprócz tworzenia własnej talii, będziemy musieli skupić się na budowaniu odpowiedniego dla naszego planu silnika, który z czasem po odpaleniu dostarczy nam wiele korzyści. Każda runda podzielona jest na osiem faz, które wszyscy gracze muszą przejść po kolei. Na początku następuje rzut trzema kośćmi. To one wskażą, jakie zasoby będą dostępne w danej turze. Mogą to być książki, żywność, woda, narzędzia, kanistry z benzyną oraz apteczki pierwszej pomocy.

Gdy każdy z uczestników zapozna się z wynikiem, wszyscy decydują się jakie karty ochotników lub specjalistów zagrają, a następnie kładą je zakryte w wyznaczonych miejscach na swoich planszach. Ci pierwsi generują zasoby, w zależności od koloru postaci. Dla przykładu czerwona kość udostępnia benzynę. Zagrywając robotnika o tej samej barwie, gracz otrzyma odpowiednią ilość tego surowca. Specjaliści to karty akcji, dzięki nim gracz może wykonać różne działania. W sumie do dyspozycji są trzy ruchy, chyba że odblokowany został czwarty slot.

Po rozdzieleniu zasobów następuje kolejna faza, czyli zatrudnianie ochotników i specjalistów. Wtedy wszystkie kartoniki są odsłaniane i aktywowane w dowolnej kolejności. Trzeci krok to realizacja zadań. Te wymagają odpowiedniej liczby zasobów, funduszy, a nawet określonych kolorów zagranych wcześniej kart. W czwartym etapie rundy, gracze mają możliwość wykonania zwiadu. Wtedy decydują się na wysłanie ekipy do wybranego przez siebie miejsca na mapie i rozpatrują znalezione tam żetony. Ten krok wiąże się z ryzykiem, ponieważ za każdym razem jeden z uczestników wypadu trafia do szpitala. Dlatego należy dobrze przemyśleć to działanie czy w danym momencie warto ryzykować. Piąta faza to zakupy. Gracze mogą, za zdobyte wcześniej dolary, nabyć nowe karty zadań. Są to lepsi specjaliści lub kontrakty, które po zrealizowaniu wymaganych kryteriów dadzą nam dodatkowe elementy do sinika. Szósty krok to porządkowanie, po nim następuje zabezpieczanie dzielnic. Za każdy zaasekurowany obszar gracz otrzyma odpowiednią liczbę punktów. Na samym końcu następuje dobieranie kart na rękę i aktywowanie akcji zrealizowanych zadań.

Gra kończy się wraz z wyczerpaniem się specjalistów i kontraktów dostępnych do zakupu. Wtedy wszyscy sprzedają uzbierane zasoby z rondla, sumują punkty za posiadane żetony zwiadu oraz specjalistów. Naturalnie wygrywa ten, kto zdobędzie ich najwięcej.

Czy widzę ciemność?

W mojej ocenie gra działa bardzo dobrze. Podoba mi się element nabywania nowych, wybranych przez siebie zadań. Nie wystarczy za nie jedynie zapłacić. Należy też w fazie ich realizacji spełniać odpowiednie warunki, by dodać je do swojej talii lub silnika. W końcu nie może być zbyt łatwo. Etap zwiadu z początku wydawał się trochę zawiły, ale instrukcja doskonale prowadzi i rozjaśnia wszystkie wątpliwości. Tutaj również postawiłabym plus, za dobrze opracowane reguły, które pozwalają na bezproblemową rozgrywkę.

W „Blackout Hongkong” przygotowane zostały dodatkowe scenariusze kampanii. Z zaciekawieniem podeszłam do tej części gry, ponieważ rozegrać je można również w wersji dla jednego gracza. Jednak okazały się jedynie drobnymi zmianami podstawowych zasad. Nie dodają nic do głównej fabuły ani nie wpływają zbytnio na rozgrywkę. Różnią się głównie ilością dostępnych kart oraz planami awaryjnymi.

Klimatyczny mrok?

Mimo że „Blackout Hongkong” ma fabułę i opowiada o kataklizmie spadającym na miasto, podczas grania nie poczułam jej klimatu. Moim głównym celem było zdobywanie zasobów, by pozyskać jak największą liczbę punktów. Nie miałam wrażenia, że jestem w mieście pochłoniętym całkowitą ciemnością i staram się pomóc innym mieszkańcom. Co więcej, w przypadku takiej historii, spodziewałam się gry kooperacyjnej, w której wspólnie z resztą graczy staramy się odzyskać utraconą energię elektryczną. Fakt, iż każdy z uczestników rozgrywki działa na własny rachunek odebrał tej planszówce klimatu, ośmielę się nawet stwierdzić, że trochę go po prostu przyćmił.

Czarny koń

W ogólnej ocenie „Blackout Hongkong” to bardzo dobra gra. Posiada parę wad, ale nadrabia mechaniką. Budowanie talii oraz silnika to zdecydowanie najciekawszy element rozgrywki. Ja sama nie skupiałam się na klimacie oraz tematyce gry, po prostu dążyłam do wygranej, skrupulatnie licząc punkty i analizując ruchy pod kątem ewentualnych korzyści. Warto wspomnieć, że jest to wersja poprawiona. Nie ma co ukrywać, zmiany wprowadzone w projekcie graficznym poprawiły jakość planszówki. Teraz jest przejrzysta i czytelna. Ja oraz osoby, z którymi miałam okazję grać, nie napotkaliśmy problemów z rozpoznaniem kolorów czy znaczeniem ikonografii widniejących na kartach. Do zabawy polecam zaprosić maksymalną ilość graczy. Rozgrywka dla czterech graczy jest zdecydowanie ciekawsza. Jednak pamiętajcie o przygotowaniu odpowiednich rozmiarów stołu. „Blackout Hongkong” zabiera dużo miejsca, zwłaszcza gdy ogrywamy go w pełnym składzie. Wariant jednoosobowy, także przypadł mi do gustu, aczkolwiek wolę rywalizację.

Kończąc, bez wątpienia jest to następy dobry tytuł na koncie Alexandra Pfistera. Projektant po raz kolejny daje nam wspaniałą mechanikę i ciekawy temat. Gra działa dobrze i raczej nie znudzi się za szybko. Zasady są na tyle przystępne, że nawet średniozaawansowani planszówkowicze nie powinni mieć problemu z rozegraniem tego tytułu. Jak również wytrawni gracze znajdą tutaj coś dla siebie.

 

Za grę dziękujemy wydawnictwu Lacerta.

 

 

Dyskusja